sobota, 15 marca 2014

Rozdział 12

Sydney

Szkło i śnieg wyleciały w powietrze, gdy krzyknęłam zaskoczona. Nie do takiej eksplozji dążyłam.

Kyler obrócił się, używając swojego ciała, aby zasłoniło moje, ale nie zanim maleńkie iskry bólu nie rozpaliły mojej klatki piersiowej i brzucha. Sapnęłam, jak zimne powietrze wlało się do pokoju i zerwał się wokół nas wiatr. Przewróciła się stojąca lampa. Obrazy na ścianie zadrżały.

-  Cholera jasna! – krzyknął, rzucając nas na podłogę, tak że niemal nade mną kucał. –  Nic ci nie jest?

-  Nie. – Ostrożnie położyłam ręce na chłodnej, mokrej podłodze. – Tobie?

-       W porządku. – Przesunął dłońmi po moich nagich plecach, po czym położył na mnie mój sweter, otaczając nim moje ramiona. – Nie wstawaj, dobra?

Potaknęłam, ciągnąc za sweter. Czołgając się na kolanach do wiklinowej kanapy, spojrzałam przez ramię. Kyler wstał powoli, zaciskając pięści po bokach. – Co się stało? – spytałam, drżąc.

Zbliżył się do rozkruszonej części okna. Cała sekcja zniknęła. Postrzępione brzegi wyrastały z drewnianej framugi. – Nie widzę tam niczego ani nikogo.

-  Nikogo?

-  Nie ma tutaj wystarczająco blisko drzew, by wyrządziły jakąkolwiek szkodę domowi.

-  Ale wiatr…

-  Wiatr jest dość silny, by powiać oderwanymi gałęziami, ale na dole żadnych nie ma. - Odwrócił się, odsuwając włosy z twarzy. Kiedy zobaczył, jak kulę się przy kanapie, jego szczęka zacisnęła się. – Jesteś pewna, że nic ci nie jest?

Przytuliłam mocniej sweter, ignorując nieprzyjemne kłucie, gdy otarł się o pewne obszary. Były ważniejsze problemy. Jak na przykład to, w jaki sposób okno dopiero co wybuchło. – Wszystko okej, naprawdę. Jak myślisz, co się stało?

Kyler pokręcił głową, klękając przede mną. – Nie wiem. Może okno było tak zimne, że kiedy… - Czy on się rumienił? – Że kiedy na nie naciskałaś, to się roztrzaskało? Nie… Co do diabła?

Zamarło mi serce. – Co?

Pochylił się na prawo i podniósł coś z podłogi. Na jego dłoni zobaczyłam małą, okrągłą kulkę. – Sukinsyn – powiedział, wstając i odwracając się w pełnym gracji ruchu, który widziałam jak robił na snowboardzie. – Nie jestem zapalonym myśliwym ani nic, ale to wygląda jak cholerny śrut.

- Co? – Mój wrzask musiał przebić jego błony bębenkowe. – Mówisz poważnie?

Potaknął. – Cholera, tak to wygląda.

Nie mogłam w to uwierzyć. – Ale czy pocisk się nie rozkłada? Czy my byśmy nie dostali?

- Nie wiem. – Odchylił głowę, a koniuszki jego brązowych włosów musnęły kołnierz bluzy. – Jeżeli ktoś celował w górę okna, musiało być możliwe, że pocisk by nas ominął.

Znowu zadrżałam, ale tym razem nie miało to nic wspólnego z zimnem. – Naprawdę uważasz, że ktoś do nas mierzył?

Kyler nic nie powiedział.

-       To szalone – szepnęłam, po czym głośniej dodałam. – Myślisz, że dobrym pomysłem byłoby stanie przed oknem, jeśli o to chodzi?

-       Teraz nikogo tam nie ma, a wcześniej żadne z nas nie skupiało uwagi… O ile wiemy, ktoś mógł stać tam cały czas.

-       Obserwując nas? – Równocześnie było mi gorąco i zimno. Nasze oczy się spotkały i odwróciłam wzrok, przełykając nagłe mdłości. Byłam toples, a jego ręka była… Ktoś mógł na to patrzeć?

Ktoś z naprawdę złym celem?

-       Czy mógłby być to ktoś na polowaniu? – zapytałam, pełna nadziei. Jego brwi stworzyły głębokie V. – W takiej pogodzie? Tam jest zamieć.

-  To Zachodnia Wirginia. Ludzie polują tutaj w każdych warunkach.

Kyler odwrócił się z powrotem do rozbitej szyby. – Jeśli tak, to niedźwiedź musiał zwisać z naszego dachu.

Prędzej uwierzyłabym w to, niż to, że ktoś naprawdę do nas strzelał, ale po tym facecie na skuterze śnieżnym nie byłam taka pewna czy mogłam uważać te dwie sytuacje za zbieg okoliczności. Ale to nie miało sensu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić by ktokolwiek mógł być na nas taki zły. Jednak poczułam strach, lodowaty jak wiatr.

Co jeśli ten strzał naprawdę był celowy?




Kyler

Czysta, pieprzona wściekłość gotowała moją krew, gdzie kilka chwil wcześniej inny rodzaj gniewu palił mnie od wewnątrz. Pożądanie podsycane było oburzonym niedowierzeniem i złością. Syd chciała, żebym pieprzył się z nią jak z przygodą na jedną noc? Jakbym tylko do tego się nadawał, a to byłoby dosyć dobre dla niej?

Co. Do. Cholery.

Ale naprawdę, w tej chwili nie była to najpilniejsza kwestia. Zajmę się tym potem.

Mój wzrok przesunął się po roztrzaskanym oknie, zatrzymując na górnym, lewym rogu. Była tam maleńka dziura i szkło pękło od tamtego punktu, tworząc pajęczynę rozciągającą się do poszarpanego odłamku.

Założyłbym mój tyłek, że z zewnątrz było więcej dziurek, bliżej rynny. Ktoś mierzył pieprzoną strzelbą w dom. Bez względu na to czy ten ktoś planował nas postrzelić, czy nie. Nie było sposobu na kontrolowanie pocisku, ale większość ludzi potrafi wymierzyć kierunek, w którym chcieli, by on poleciał.

Sukinsyn.

Ktokolwiek był za to odpowiedzialny, musiał tam stać, obserwując nas przez Bóg wie jak długi czas. Ten ktoś widział wszystko. Syd była częściowo naga.

Zacisnąłem ręce w pięści, gdy gorąco spłynęło wzdłuż mojego kręgosłupa. Zabiję kogoś.

- Będzie okej, jeśli wstanę? – zapytała Syd.

Kiwnąłem głową, po czym spojrzałem przez ramię, gdy podniosła się na nogi. Wyglądała tam na niewiarygodnie małą, przyciskając do piersi ciężki sweter                                                   ze zgarbionymi ramionami. Gniew uderzył mnie w brzuch, szybko nastąpiony przez cierpki smak strachu, strachu, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.

Syd mogłaby zostać zraniona albo gorzej. To był drugi raz w ciągu dwóch dni. Przerażenie i furia mieszały się we mnie, tworząc kłębiastą kulę, która opadła mi w brzuchu. Mogłem ją stracić, a szczerze nie wiedziałem, jakie byłoby życie bez Syd. Nawet nie chciałem o tym myśleć.

- Jesteś pewna, że nic ci nie jest? – zapytałem po raz kolejny. – Nie jesteś ranna ani nic, prawda?

Powoli pokręciła głową. – Naprawdę nic mi nie jest. Jestem tylko lekko wstrząśnięta.

Przesunąłem palcami przez włosy. – Chcę, żebyś trzymała się z dala od tego pokoju, Syd. Do diabła, trzymaj się z daleka od wszystkich okien.

- Nie ma problemu. – Zbliżyła się do drzwi, zatrzymując.

Spotkały się nasze spojrzenia, a słodki rumieniec rozlał się na jej policzkach i po szyi do brzegu swetra, którego nadal trzymała. Chciałem podejść do niej, wciąć ją w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie w porządku, ale nie ruszyłem się.

Ona pierwsza odwróciła wzrok, przygryzając dolną wargę. Sztywno odwróciłem się do okna, wiedząc, że powinienem coś powiedzieć – coś o tym, co wydarzyło się między nami. Pod gniewem i strachem o Syd, wciąż zbierało się pożądanie, ale w tej chwili nie było nic do powiedzenia… lub przynajmniej nic, co chciałem powiedzieć.

Bardziej poczułem niż usłyszałem, że Syd wyszła z pokoju, a to sprawiło, że byłem jeszcze bardziej napięty. Możliwie bycie postrzelonym było prawdziwym zabójcą libido.

Musiałem do kogoś zadzwonić – na posterunek policji – i zobaczyć, co powinniśmy zrobić. Mała była szansa, by ktoś zrobiłby z tego śledztwo, ale musiałem o tym poinformować.

Zmrużyłem oczy na śnieżny teren pode mną. Nie chciałem o tym myśleć, ale byłem realistą. Nie byłem pewien czy jeszcze jesteśmy tutaj bezpieczni, jak również wiedziałem, że pomiędzy mną a Syd wszystko się zmieniło. A ta zmiana była nieodwracalna.




Sydney

Wychodząc szybko z pokoju słonecznego, poszłam na górę. W tamtym korytarzu i moim pokoju było o wiele chłodniej. Już ciemniało, chociaż było tylko późne popołudnie. Poszłam do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Dosyć światła dochodziło z okna nad prysznicem, bym widziała co się dzieje.

Stając przed lustrem, powoli odwinęłam sweter i skrzywiłam się, gdy dobrze na siebie spojrzałam.

Moje biedne piersi!

Maleńkie, wściekle czerwone kreski były niebezpiecznie blisko moich sutków – tak blisko, że mogłoby być diabelnie boleśnie, gdyby było bliżej. Na piersiach były plamy krwi i na brzuchu. Przesunęłam ręką przez brzuch i skrzywiłam się. Tuż nad pępkiem w skórę wbity był mały kawałek szkła. Nic, co potrzebowałoby poważnej operacji czy szwów, ale byłam przeczulona na punkcie krwi. Ból był jeszcze gorszy. Nie miałam na niego żadnej tolerancji, nigdy nie złamałam żadnej kości ani nie doświadczyłam nic podobnego w życiu.

Przestąpiłam z nogi na nogę, marznąc, jak moje palce wisiały nad kawałkiem szkła. Mogłam to zrobić. Muszę tylko go wyciągnąć. Tylko tyle. Nic wielkiego. Ale nie potrafiłam nawet wyciągnąć drzazgi bez poproszenia o to Andrei lub mamy.

Sięgnęłam do niego, po czym skrzywiłam się, odsuwając rękę. Robiłam tak przez przynajmniej pięć minut, aż odchyliłam głowę i wydałam głośny, sfrustrowany jęk.

- Syd? Jesteś tam?

Podskakując na dźwięk głosu Kylera, walnęłam biodrem w krawędź umywalki. – Niech to szlag!

Drzwi otworzyły się gwałtownie, ledwie unikając ze mną zderzenia czołowego. Krzyknęłam, krzyżując ramiona na piersiach – nie byłam pewna jaki był w tym sens, biorąc pod uwagę, że widział je dziesięć minut temu – kiedy wpadł do łazienki, wyglądając jakby był gotów zaatakować niedźwiedzia grizzly.

Jego ciemnobrązowe oczy przeszukały każdy odkryty cal mojego ciała. Potem stał tuż przede mną, trzymając mnie za ramiona. – Krwawisz.

Brzmiał na wkurzonego. Kyler zmrużył oczy, a mięsień zadrżał w jego szczęce. – Powiedziałaś mi, że nic ci nie jest.

-  Bo tak jest – odparłam cichutko.

-       Kiedy ktoś krwawi, zazwyczaj znaczy to, że jednak coś mu jest. – Potrząsnął głową, puszczając mnie. – Jezu. Usiądź i daj mi zająć się tobą.

-  Nie mogę usiąść. – Skrzywiłam się.

Zniżył głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Z bliska nie mogłam odróżnić jego źrenic od tęczówek. – Czemu nie możesz usiąść?

Przestąpiłam z nogi na nogę, czując się nieśmiało nie mając na sobie bluzki ani nic. – Do skóry mam wbity ten kawałek szkła i myślę, że jak usiądę, to będzie o wiele gorzej.

-       Co takiego? – wykrzyknął, a ja wzdrygnęłam się. – Czemu nie powiedziałaś tego na dole, do diabła?

-  Bo nie wiedziałam, że mam to wbite i naprawdę nie jest to wielka sprawa, ale…

-  Ale ty nawet nie lubisz drzazg. Jezu, Syd… gdzie to jest?

Wskazałam gdzie był mały kawałek szkła.

Kyler klęknął na kolanach, a ja wytrzeszczałam oczy. Wszystkie nieprzyzwoite myśli eksplodowały w mojej głowie, w tej chwili całkowicie niestosowne, ale guzik moich dżinsów nadal był odpięty i cóż… - Nie widzę – powiedział. – Musisz zejść na dół, gdzie jest więcej światła.

-  Jest…

-       Nie jest wszystko w porządku i nie będziesz się ze mną o to kłócić. – Ze szczęką mocno zaciśniętą, sięgnął za mnie i ściągnął ręcznik z półki. Położył go na moich barkach, wpychając mi do rąk. – Chodź.

Zdając sobie sprawę, że jest dobra szansa, że zaciągnie mnie na dół, wyszłam za nim z sypialni na korytarz. Powiedział mi, żebym tam zaczekała, kiedy on zniknął w łazience w korytarzu i wrócił z wodą utlenioną oraz małą apteczką w ręce.

Westchnęłam. To będzie do bani. Wiedziałam, że mogło być gorzej. Mógłby wyciągać nabój.

Wylądowaliśmy w kuchni, ku mojemu niepokojowi. Było tam wiele okien, ale nie mieliśmy zbytniego wyboru.
Kyler posadził mnie tak, że byłam tuż pod oknem, ale wystarczająco blisko, żeby mógł widzieć. Raz jeszcze klękając, rozsunął brzegi ręcznika ze zmarszczeniem brwi. – Cholera, to jest kawałek szkła.

- Mówiłam ci.

Pochylił głowę, a kilka kosmyków włosów opadło mu na czoło, gdy przeszukiwał pudełko z czerwonym krzyżem. – Nie możesz zostawić tego w skórze, Syd. Dostanie się zakażenie.

- Tego nie sugerowałam. Po prostu miałam nadzieję, że moja skóra szybko i naturalnie to odrzuci.

Roześmiał się i wyciągnął pincetę, sprawiając, że przełknęłam ciężko ślinę. Napadły mnie obrazy mnie uciekającej z krzykiem od mamy jako dziecko, kiedykolwiek dzierżyła te małe narzędzie bólu. On trzymał je w eleganckich palcach, podnosząc wzrok. – Trochę pozieleniałaś, Syd.

- Nie lubię pincety – zawyłam.

Pojawił się mały uśmiech. – Nie będzie boleć.

-       Wszyscy tak mówią, ale wiem, że to nieprawda. Będzie boleć, bo zaczniesz grzebać i…

-       Nie będę grzebał. Wejdę i wyjdę zanim zorientujesz się, co robię. Obiecuję.

Chciałam uciec z pokoju, ale zmusiłam się do stania tam jak dorosła. – Okej.

-       Brzmisz żałośnie – zauważył, wsuwając brzegi ręcznika do tyłu dżinsów, ukazując cały mój brzuch. Położył palce na obu stronach szklanego odłamka i naprężył skórę.

Pinceta znajdowała się kilka centymetrów od mojej skóry, a ja odchyliłam się.

-  Duże dziecko, przestań się ruszać.

-  Zamknij się.

Zachichotał. – To nie zadziała, jeśli będziesz odsuwać się ode mnie za każdym razem, gdy wyciągnę cal szkła. Pogarszasz sprawę, opóźniając ją.

Brzmiało logicznie, ale w tej chwili nie byłam fanką logicznych myśli. Po zdołaniu przesunąć się o pół metra, Kyler osaczył mnie między nim a blatem i odwrócił moją uwagę. – Próbowałem użyć telefonu żeby sprawdzić czy da się połączyć z główną chatą. Wiesz, żeby zapytać czy ktoś miał problemy z wystrzeliwanymi oknami czy psychopatami na skuterach śnieżnych.

-  Okej. – Nie odwracałam wzroku od czubka jego pochylonej głowy.

-       Nie mogłem się połączyć. Wygląda na to, że burza miesza też z komórkami. Nawet nie mogłem wejść na cholerny Internet, ale pamiętam z alarmu pogodowego, że mamy gdzieś jeszcze jeden dzień ciężkiego śniegu, a potem powinno się zmniejszyć.

-       Myślisz, że jak długo zajmie im wyczyszczenie… - Nastąpiło szczypiące uczucie, które zmusiło mnie do krzyku.

Kyler uniósł głowę. – Przepraszam, ale dobre wieści, kochanie, wyciągnąłem to. – Pomachał pincetą. – Widzisz? Nie było tak źle.

-       Nie było. – Uśmiechnęłam się, gdy wrócił do przyglądania się niewielkiemu skaleczeniu. Jego długie rzęsy opadły w dół. – Dziękuję ci.

-       Przyjemność po mojej stronie. – Wziął butelkę wody tlenionej i mokrą kulkę waty. – Prawdopodobnie zajmie im dzień oczyszczenie autostrad i kolejny na oczyszczenie tutejszych dróg.

Trochę szczypało, jak obmył skaleczenie. – Jeszcze trzy dni?

- Pewnie tak. – Wstał z gracją i położył butelkę na blacie, razem z kilkoma wacikami. – Daj mi spojrzeć na resztę ciebie.

Zbladłam. – Nie mam już wbitego w ciało szkła.

- Wybacz mi za myślenie, że może kłamiesz, aby uniknąć pincety. – Przekrzywił głowę na bok, a moje serce na chwilę zamarło. – Chcę zobaczyć resztę.

Ale to oznaczało, że musiałabym odkryć piersi, a podczas gdy wcześniej był wobec nich przyjazny, teraz było inaczej. Byliśmy pochłonięci chwilą. Było gorąco, a to było gorące jak zimna burza. Nie wspominając o tym, że nie powiedział ani słowa o tym, co między nami się wydarzyło. Ja też nie, ale straciłam moje babskie jaja, gdy wybuchło okno.

Kyler westchnął. – Musisz robić wszystko tak cholernie trudnym.

- Wcale nie.

Rzucił mi beznamiętne spojrzenie, po czym chwycił moje biodra. Nie dając mi żadnego wyboru, podniósł mnie na blat. – Proszę bardzo.

- Łajdak – burknęłam.

Zlekceważył to. – Daj mi zobaczyć klatkę piersiową.

Zarumieniłam się tysiącem odcieni czerwieni.

-  Czy muszę zwrócić uwagę na fakt, że dopiero co widziałem twoje…

-  Nie! – wykrzyknęłam przerażona. – Nie mów tego. To niczego nie ułatwia.

Jego wargi zadrżały, jakby powstrzymywał uśmiech. – Obiecuję, że będę w tym zupełnie kliniczny.

Cóż, to także nie sprawiło, bym czuła się o wiele lepiej.

Podniósł ręce. – Co ty na to? Potraktuję cię jakbyś była kotem albo psem, które potrzebuje zbadania?

- Co? – Zmarszczyłam brwi. – Jeeezu. Dzięki.

Wtedy Kyler się zaśmiał. – No dalej, Syd, przestań być taką dziewczyną.

-  Jestem dziewczyną!

-       Zaufaj mi, wiem. – Zanim mogłabym rozszyfrować chrapliwość jego głosu, jego dłonie wystrzeliły, łapiąc za brzegi puszystego ręcznika. – Puść ręcznik.

-  Nie. – Trzymałam mocniej.

-  Sydney – warknął. – Puść. Go.

Widząc, że on nie zamierza odpuścić, ponieważ był w trybie opiekuńczości, skupiłam się na jego szerokich barkach, poluźniając uchwyt na ręczniku. Materiał rozstąpił się na przodzie.

Zamiast ściągnąć ręcznik, przyjrzał się małym nacięciom znajdującym się pod moimi piersiami i w niewielkiej dolinie między nimi. Przeklinając pod nosem, wyciągnął z szuflady czystą myjkę i zmoczył ją wodą.

Wracając do miejsca, gdzie siedziałam, potrząsał głową. – Mogłaś stracić oko.

Albo sutek, ale nie uważałam, żeby to dodanie było pomocne.

- Będzie trochę zimno. Nie chcę zużywać ciepłej wody. – Gdy skinęłam głową, delikatnie zmył krew, nim przyłożył zmoczone waciki do nacięć.

Pracował cicho i sumiennie, wrzucając zużyte waciki do kosza, gdy skończył. Potem wrócił do swojego miejsca przede mną. Jego wzrok spotkał się z moim na sekundę, po czym wsunął palce pod ręcznik, muskając skórę moich ramion. Zadrżałam i szybko odwróciłam wzrok, przygryzając wargę.

To… to będzie interesujące.

Kyler nic nie powiedział ani nie wydawał się ruszyć, kiedy ręcznik opadł na moje biodra. Patrzyłam na matę przed kuchenną umywalką, czując jak jego spojrzenie przesunęło się od mojej twarzy na szyję, podążając za szybko-podróżującym rumieńcem na moich piersiach. Pragnienie do zakrycia się było trudne do powstrzymania, ale chciałam, żeby patrzył.

Chciałam, żeby podobało mu się to, co zobaczył.

Pomimo tego, że wiedziałam, iż miało być to kliniczne, czubki moich piersi zacisnęły się pod jego obserwacją, a niespełniony ból w moim centrum obudził się do życia z zemstą. Brakowało mi tchu, jak podniósł myjkę i nachylił się.

- Zimno ci? - zapytał. Chyba go nienawidzę.

Jego chichot był niski i głęboki, jeszcze bardziej mnie irytując. – Zrobię to szybko.

-       No jasne. – Wierciłam się, rozdarta pomiędzy byciem ekstremalnie podnieconą, wściekłą i maksymalnie zażenowaną.

Kyler przesuwał myjką w małych kółkach między moimi piersiami, zbliżając się coraz bliżej do ich czubków. Mój oddech rósł i teraz nie byłam pewna czy chciałam, by wiedział, że byłam skonsternowana tym, co zaszło pomiędzy nami. Pragnął mnie – najwyraźniej – ale nic nie zostało na ten temat wypowiedziane odkąd opuściliśmy pokój słoneczny. Czy zmienił zdanie, gdy się uspokoił?

Przy następnym kółku, rękaw jego bluzki musnął mojego sutka i wciągnęłam gwałtownie powietrze. Z drugiej strony zdarzyło się to raz jeszcze i nie miałam pojęcia czy robił to celowo.

Ściskałam krawędzie blatu tak, że bolały mnie knykcie. Waliło mi tętno, gdy przesunął się tak, że stał między moimi nogami. Jego ręka trzęsła się, kiedy delikatnie przesuwał myjką po mojej prawej piersi, a potem lewej. Zamknęłam oczy i próbowałam myśleć o czymś obrzydliwym, ale potrafiłam myśleć tylko o jego dotyku i jak czułam jego palce.

Niedobrze.

Jestem pewna, że byłam ponad czysta, kiedy wreszcie odrzucił myjkę na bok, następnie zapiekła mnie woda tleniona. Może to robić ze mnie kompletną dziwaczkę, lecz lekkie pieczenie w jakiś sposób podwyższyło moje podniecenie.

- Idealne – mruknął Kyler.

Spojrzałam na niego, a rozpalone oczekiwanie zwiększyło się, jakby to był mój osobisty Bożonarodzeniowy poranek. – Idealne?

Patrzył na moją klatkę piersiową, po czym uniósł wzrok. – Wszystko jest idealne.

Odłożył butelkę i położył ręcznik na moich ramionach, nakrywając mnie. – Nic ci nie będzie.

Bąbel pragnienia prysnął w deszczu epickiej porażki.

Kyler zaczął się cofać, jego ruchy były nerwowe. – Pójdę… sprawdzić garaż, zobaczyć czy jest tam takie radio pogodowe. Myślę, że mama takie miała. I potrzebuję brezentu. Tak, brezentu do okna.

Gapiłam się na niego.

Doszedł do progu, zatrzymał się i potarł dłonią szczękę. – Możesz założyć teraz sweter. Proszę, załóż sweter.

Nie wiem co wywołało następne słowa z moich ust. Może to pozostała adrenalina z eksplozji okna, zmieszana z rozszalałymi hormonami które miały posmak tego, jak mogło być z Kylerem. Szczerze nie wiem, ale byłam wkurzona i zdezorientowana.

I Bóg jeden wie, że to okropne połączenie, ale powróciły moje babskie jaja.

- Czemu chcesz żebym założyła sweter, skoro to ty go zdjąłeś?

Kyler powoli opuścił ramię, jego ręka uformowała luźną pięść. – Syd, ja… naprawdę nie wiem co powiedzieć.

Siedzenie na blacie jak dziecko nie dodawało mi korzyści. Zeskoczyłam, przyciskając do siebie ręcznik. – Jak to nie wiesz co powiedzieć? Myślę, że wcześniej pokryliśmy bazy.

Podszedł krok do przodu z napiętymi barkami. – Słuchaj. Teraz nie ma na to czasu. Muszę iść po brezent. Muszę dowiedzieć się czy ktoś naprawdę wystrzelił cholerne…

- Jak zamierzasz dowiedzieć się tego? Studiowałeś CSI i nic mi nie powiedziałeś?

Uniósł brew. – Nie musisz być mądralińska.

-  I nie ma powodu, dla którego nie możemy teraz o tym pogadać. Chcę…

-  Wiem, czego chcesz, Syd. – Gniew raz jeszcze błysnął na jego oszałamiającej twarzy.  – Zaufaj mi, rozumiem. Chcesz, żebym pieprzył się z tobą jak z pijaną przygodą na jedną noc.

Wzdrygnęłam się. Na pewno nie tego tak naprawdę chciałam.

- Co? Nie podoba ci się jak to brzmi? Cóż, mnie też nie. – Tak, był poważnie wkurzony. Mięsień pulsował mu w szczęce, a jego oczy były niebezpiecznie czarne. – Nie powinienem był pozwolić by zaszło to tak daleko, ponieważ to się nie wydarzy. Nie jesteśmy tacy. I nigdy nie będziemy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz