Sydney
Szkło i śnieg wyleciały w powietrze, gdy
krzyknęłam zaskoczona. Nie do takiej eksplozji dążyłam.
Kyler obrócił się, używając swojego ciała, aby
zasłoniło moje, ale nie zanim maleńkie iskry bólu nie rozpaliły mojej klatki
piersiowej i brzucha. Sapnęłam, jak zimne powietrze wlało się do pokoju i
zerwał się wokół nas wiatr. Przewróciła się stojąca lampa. Obrazy na ścianie zadrżały.
- Cholera jasna! –
krzyknął, rzucając nas na podłogę, tak że niemal nade mną kucał. – Nic ci nie jest?
- Nie. – Ostrożnie
położyłam ręce na chłodnej, mokrej podłodze. – Tobie?
- W porządku. – Przesunął
dłońmi po moich nagich plecach, po czym położył na mnie mój sweter, otaczając
nim moje ramiona. – Nie wstawaj, dobra?
Potaknęłam, ciągnąc za sweter. Czołgając się na
kolanach do wiklinowej kanapy, spojrzałam przez ramię. Kyler wstał powoli,
zaciskając pięści po bokach. – Co się stało? – spytałam, drżąc.
Zbliżył się do rozkruszonej części okna. Cała
sekcja zniknęła. Postrzępione brzegi wyrastały z drewnianej framugi. – Nie
widzę tam niczego ani nikogo.
- Nikogo?
- Nie ma tutaj wystarczająco
blisko drzew, by wyrządziły jakąkolwiek szkodę domowi.
- Ale wiatr…
- Wiatr jest dość silny, by
powiać oderwanymi gałęziami, ale na dole żadnych nie ma. - Odwrócił się,
odsuwając włosy z twarzy. Kiedy zobaczył, jak kulę się przy kanapie, jego szczęka
zacisnęła się. – Jesteś pewna, że nic ci nie jest?
Przytuliłam mocniej sweter, ignorując
nieprzyjemne kłucie, gdy otarł się o pewne obszary. Były ważniejsze problemy.
Jak na przykład to, w jaki sposób okno dopiero co wybuchło. – Wszystko okej,
naprawdę. Jak myślisz, co się stało?
Kyler pokręcił głową, klękając przede mną. – Nie
wiem. Może okno było tak zimne, że kiedy… - Czy on się rumienił? – Że
kiedy na nie naciskałaś, to się roztrzaskało? Nie… Co do diabła?
Zamarło
mi serce. – Co?
Pochylił się na prawo i podniósł coś z podłogi.
Na jego dłoni zobaczyłam małą, okrągłą kulkę. – Sukinsyn – powiedział, wstając
i odwracając się w pełnym gracji ruchu, który widziałam jak robił na
snowboardzie. – Nie jestem zapalonym myśliwym ani nic, ale to wygląda jak
cholerny śrut.
-
Co? – Mój wrzask musiał przebić jego błony bębenkowe. – Mówisz poważnie?
Potaknął.
– Cholera, tak to wygląda.
Nie mogłam w to uwierzyć. – Ale czy pocisk się
nie rozkłada? Czy my byśmy nie dostali?
- Nie wiem. – Odchylił głowę, a koniuszki jego
brązowych włosów musnęły kołnierz bluzy. – Jeżeli ktoś celował w górę okna,
musiało być możliwe, że pocisk by nas ominął.
Znowu zadrżałam, ale tym razem nie miało to nic
wspólnego z zimnem. – Naprawdę uważasz, że ktoś do nas mierzył?
Kyler
nic nie powiedział.
- To szalone – szepnęłam,
po czym głośniej dodałam. – Myślisz, że dobrym pomysłem byłoby stanie przed
oknem, jeśli o to chodzi?
- Teraz nikogo tam nie ma,
a wcześniej żadne z nas nie skupiało uwagi… O ile wiemy, ktoś mógł stać tam
cały czas.
- Obserwując nas? –
Równocześnie było mi gorąco i zimno. Nasze oczy się spotkały i odwróciłam
wzrok, przełykając nagłe mdłości. Byłam toples, a jego ręka była… Ktoś mógł na
to patrzeć?
Ktoś
z naprawdę złym celem?
- Czy mógłby być to ktoś na
polowaniu? – zapytałam, pełna nadziei. Jego brwi stworzyły głębokie V. – W
takiej pogodzie? Tam jest zamieć.
- To Zachodnia Wirginia.
Ludzie polują tutaj w każdych warunkach.
Kyler odwrócił się z powrotem do rozbitej szyby.
– Jeśli tak, to niedźwiedź musiał zwisać z naszego dachu.
Prędzej uwierzyłabym w to, niż to, że ktoś
naprawdę do nas strzelał, ale po tym facecie na skuterze śnieżnym nie byłam
taka pewna czy mogłam uważać te dwie sytuacje za zbieg okoliczności. Ale to nie
miało sensu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić by ktokolwiek mógł być na nas taki
zły. Jednak poczułam strach, lodowaty jak wiatr.
Co jeśli ten strzał naprawdę był celowy?
Kyler
Czysta, pieprzona wściekłość gotowała moją krew,
gdzie kilka chwil wcześniej inny rodzaj gniewu palił mnie od wewnątrz.
Pożądanie podsycane było oburzonym niedowierzeniem i złością. Syd chciała,
żebym pieprzył się z nią jak z przygodą na jedną noc? Jakbym tylko do tego się
nadawał, a to byłoby dosyć dobre dla niej?
Co. Do. Cholery.
Ale naprawdę, w tej chwili nie była to
najpilniejsza kwestia. Zajmę się tym potem.
Mój wzrok przesunął się po roztrzaskanym oknie,
zatrzymując na górnym, lewym rogu. Była tam maleńka dziura i szkło pękło od
tamtego punktu, tworząc pajęczynę rozciągającą się do poszarpanego odłamku.
Założyłbym mój tyłek, że z zewnątrz było więcej
dziurek, bliżej rynny. Ktoś mierzył pieprzoną strzelbą w dom. Bez względu na to
czy ten ktoś planował nas postrzelić, czy nie. Nie było sposobu na
kontrolowanie pocisku, ale większość ludzi potrafi wymierzyć kierunek, w którym
chcieli, by on poleciał.
Sukinsyn.
Ktokolwiek był za to odpowiedzialny, musiał tam
stać, obserwując nas przez Bóg wie jak długi czas. Ten ktoś widział wszystko.
Syd była częściowo naga.
Zacisnąłem ręce w pięści, gdy gorąco spłynęło
wzdłuż mojego kręgosłupa. Zabiję kogoś.
- Będzie okej, jeśli wstanę? – zapytała Syd.
Kiwnąłem głową, po czym spojrzałem przez ramię,
gdy podniosła się na nogi. Wyglądała tam na niewiarygodnie małą, przyciskając
do piersi ciężki sweter ze zgarbionymi ramionami. Gniew uderzył mnie
w brzuch, szybko nastąpiony przez cierpki smak strachu, strachu, którego nigdy
wcześniej nie doświadczyłem.
Syd mogłaby zostać zraniona albo gorzej. To był
drugi raz w ciągu dwóch dni. Przerażenie i furia mieszały się we mnie, tworząc
kłębiastą kulę, która opadła mi w brzuchu. Mogłem ją stracić, a szczerze nie
wiedziałem, jakie byłoby życie bez Syd. Nawet nie chciałem o tym myśleć.
- Jesteś pewna, że nic ci nie jest? – zapytałem
po raz kolejny. – Nie jesteś ranna ani nic, prawda?
Powoli pokręciła głową. – Naprawdę nic mi nie jest.
Jestem tylko lekko wstrząśnięta.
Przesunąłem palcami przez włosy. – Chcę, żebyś
trzymała się z dala od tego pokoju, Syd. Do diabła, trzymaj się z daleka od
wszystkich okien.
- Nie ma problemu. – Zbliżyła się do drzwi,
zatrzymując.
Spotkały się nasze spojrzenia, a słodki rumieniec
rozlał się na jej policzkach i po szyi do brzegu swetra, którego nadal
trzymała. Chciałem podejść do niej, wciąć ją w ramiona i powiedzieć, że
wszystko będzie w porządku, ale nie ruszyłem się.
Ona pierwsza odwróciła wzrok, przygryzając dolną
wargę. Sztywno odwróciłem się do okna, wiedząc, że powinienem coś powiedzieć –
coś o tym, co wydarzyło się między nami. Pod gniewem i strachem o Syd, wciąż
zbierało się pożądanie, ale w tej chwili nie było nic do powiedzenia… lub przynajmniej
nic, co chciałem powiedzieć.
Bardziej poczułem niż usłyszałem, że Syd wyszła z
pokoju, a to sprawiło, że byłem jeszcze bardziej napięty. Możliwie bycie
postrzelonym było prawdziwym zabójcą libido.
Musiałem do kogoś zadzwonić – na posterunek
policji – i zobaczyć, co powinniśmy zrobić. Mała była szansa, by ktoś zrobiłby
z tego śledztwo, ale musiałem o tym poinformować.
Zmrużyłem oczy na śnieżny teren pode mną. Nie
chciałem o tym myśleć, ale byłem realistą. Nie byłem pewien czy jeszcze
jesteśmy tutaj bezpieczni, jak również wiedziałem, że pomiędzy mną a Syd
wszystko się zmieniło. A ta zmiana była nieodwracalna.
Sydney
Wychodząc szybko z pokoju słonecznego, poszłam na
górę. W tamtym korytarzu i moim pokoju było o wiele chłodniej. Już ciemniało,
chociaż było tylko późne popołudnie. Poszłam do łazienki, zamykając za sobą
drzwi. Dosyć światła dochodziło z okna nad prysznicem, bym widziała co się
dzieje.
Stając przed lustrem, powoli odwinęłam sweter i
skrzywiłam się, gdy dobrze na siebie spojrzałam.
Moje biedne piersi!
Maleńkie, wściekle
czerwone kreski były niebezpiecznie blisko moich sutków – tak blisko, że
mogłoby być diabelnie boleśnie, gdyby było bliżej. Na piersiach były plamy krwi
i na brzuchu. Przesunęłam ręką przez brzuch i skrzywiłam się. Tuż nad pępkiem w
skórę wbity był mały kawałek szkła. Nic, co potrzebowałoby poważnej operacji
czy szwów, ale byłam przeczulona na punkcie krwi. Ból był jeszcze gorszy. Nie
miałam na niego żadnej tolerancji, nigdy nie złamałam żadnej kości ani nie
doświadczyłam nic podobnego w życiu.
Przestąpiłam z nogi na nogę, marznąc, jak moje
palce wisiały nad kawałkiem szkła. Mogłam to zrobić. Muszę tylko go wyciągnąć.
Tylko tyle. Nic wielkiego. Ale nie potrafiłam nawet wyciągnąć drzazgi bez
poproszenia o to Andrei lub mamy.
Sięgnęłam do niego, po czym skrzywiłam się,
odsuwając rękę. Robiłam tak przez przynajmniej pięć minut, aż odchyliłam głowę
i wydałam głośny, sfrustrowany jęk.
- Syd? Jesteś tam?
Podskakując na dźwięk
głosu Kylera, walnęłam biodrem w krawędź umywalki. – Niech to szlag!
Drzwi otworzyły się gwałtownie, ledwie unikając
ze mną zderzenia czołowego. Krzyknęłam, krzyżując ramiona na piersiach – nie
byłam pewna jaki był w tym sens, biorąc pod uwagę, że widział je dziesięć minut
temu – kiedy wpadł do łazienki, wyglądając jakby był gotów zaatakować
niedźwiedzia grizzly.
Jego ciemnobrązowe oczy przeszukały każdy odkryty
cal mojego ciała. Potem stał tuż przede mną, trzymając mnie za ramiona. –
Krwawisz.
Brzmiał na wkurzonego. Kyler zmrużył oczy, a mięsień zadrżał w jego szczęce. – Powiedziałaś
mi, że nic ci nie jest.
- Bo tak jest – odparłam
cichutko.
- Kiedy ktoś krwawi,
zazwyczaj znaczy to, że jednak coś mu jest. – Potrząsnął głową, puszczając
mnie. – Jezu. Usiądź i daj mi zająć się tobą.
- Nie mogę usiąść. –
Skrzywiłam się.
Zniżył głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Z bliska
nie mogłam odróżnić jego źrenic od tęczówek. – Czemu nie możesz usiąść?
Przestąpiłam z nogi na nogę, czując się nieśmiało
nie mając na sobie bluzki ani nic. – Do skóry mam wbity ten kawałek szkła i
myślę, że jak usiądę, to będzie o wiele gorzej.
- Co takiego? – wykrzyknął,
a ja wzdrygnęłam się. – Czemu nie powiedziałaś tego na dole, do diabła?
- Bo nie wiedziałam, że mam
to wbite i naprawdę nie jest to wielka sprawa, ale…
- Ale ty nawet nie lubisz
drzazg. Jezu, Syd… gdzie to jest?
Wskazałam
gdzie był mały kawałek szkła.
Kyler klęknął na kolanach, a ja wytrzeszczałam
oczy. Wszystkie nieprzyzwoite myśli eksplodowały w mojej głowie, w tej chwili
całkowicie niestosowne, ale guzik moich dżinsów nadal był odpięty i cóż… - Nie
widzę – powiedział. – Musisz zejść na dół, gdzie jest więcej światła.
- Jest…
- Nie jest wszystko w porządku
i nie będziesz się ze mną o to kłócić. – Ze szczęką mocno
zaciśniętą, sięgnął za mnie i ściągnął ręcznik z półki. Położył go na moich
barkach, wpychając mi do rąk. – Chodź.
Zdając sobie sprawę, że jest dobra szansa, że
zaciągnie mnie na dół, wyszłam za nim z sypialni na korytarz. Powiedział mi,
żebym tam zaczekała, kiedy on zniknął w łazience w korytarzu i wrócił z wodą
utlenioną oraz małą apteczką w ręce.
Westchnęłam. To będzie do bani. Wiedziałam, że
mogło być gorzej. Mógłby wyciągać nabój.
Wylądowaliśmy w kuchni, ku mojemu niepokojowi.
Było tam wiele okien, ale nie mieliśmy zbytniego wyboru.
Kyler posadził mnie tak, że byłam tuż pod oknem,
ale wystarczająco blisko, żeby mógł widzieć. Raz jeszcze klękając, rozsunął
brzegi ręcznika ze zmarszczeniem brwi. – Cholera, to jest kawałek szkła.
-
Mówiłam ci.
Pochylił głowę, a kilka kosmyków włosów opadło mu
na czoło, gdy przeszukiwał pudełko z czerwonym krzyżem. – Nie możesz zostawić
tego w skórze, Syd. Dostanie się zakażenie.
- Tego nie sugerowałam. Po prostu miałam
nadzieję, że moja skóra szybko i naturalnie to odrzuci.
Roześmiał się i wyciągnął pincetę, sprawiając, że
przełknęłam ciężko ślinę. Napadły mnie obrazy mnie uciekającej z krzykiem od
mamy jako dziecko, kiedykolwiek dzierżyła te małe narzędzie bólu. On trzymał je
w eleganckich palcach, podnosząc wzrok. – Trochę pozieleniałaś, Syd.
-
Nie lubię pincety – zawyłam.
Pojawił
się mały uśmiech. – Nie będzie boleć.
- Wszyscy tak mówią, ale
wiem, że to nieprawda. Będzie boleć, bo zaczniesz grzebać i…
- Nie będę grzebał. Wejdę i
wyjdę zanim zorientujesz się, co robię. Obiecuję.
Chciałam uciec z pokoju, ale zmusiłam się do
stania tam jak dorosła. – Okej.
- Brzmisz żałośnie –
zauważył, wsuwając brzegi ręcznika do tyłu dżinsów, ukazując cały mój brzuch.
Położył palce na obu stronach szklanego odłamka i naprężył skórę.
Pinceta
znajdowała się kilka centymetrów od mojej skóry, a ja odchyliłam się.
- Duże dziecko, przestań
się ruszać.
- Zamknij się.
Zachichotał. – To nie zadziała, jeśli będziesz
odsuwać się ode mnie za każdym razem, gdy wyciągnę cal szkła. Pogarszasz
sprawę, opóźniając ją.
Brzmiało logicznie, ale w tej chwili nie byłam
fanką logicznych myśli. Po zdołaniu przesunąć się o pół metra, Kyler osaczył
mnie między nim a blatem i odwrócił moją uwagę. – Próbowałem użyć telefonu żeby
sprawdzić czy da się połączyć z główną chatą. Wiesz, żeby zapytać czy ktoś miał problemy z wystrzeliwanymi
oknami czy psychopatami na skuterach śnieżnych.
- Okej. – Nie odwracałam
wzroku od czubka jego pochylonej głowy.
- Nie mogłem się połączyć.
Wygląda na to, że burza miesza też z komórkami. Nawet nie mogłem wejść na
cholerny Internet, ale pamiętam z alarmu pogodowego, że mamy gdzieś jeszcze
jeden dzień ciężkiego śniegu, a potem powinno się zmniejszyć.
- Myślisz, że jak długo
zajmie im wyczyszczenie… - Nastąpiło szczypiące uczucie, które zmusiło mnie do
krzyku.
Kyler uniósł głowę. – Przepraszam, ale dobre
wieści, kochanie, wyciągnąłem to. – Pomachał pincetą. – Widzisz? Nie było tak
źle.
- Nie było. – Uśmiechnęłam
się, gdy wrócił do przyglądania się niewielkiemu skaleczeniu. Jego długie rzęsy
opadły w dół. – Dziękuję ci.
- Przyjemność po mojej
stronie. – Wziął butelkę wody tlenionej i mokrą kulkę waty. – Prawdopodobnie
zajmie im dzień oczyszczenie autostrad i kolejny na oczyszczenie tutejszych dróg.
Trochę
szczypało, jak obmył skaleczenie. – Jeszcze trzy dni?
- Pewnie tak. – Wstał z gracją i położył butelkę
na blacie, razem z kilkoma wacikami. – Daj mi spojrzeć na resztę ciebie.
Zbladłam.
– Nie mam już wbitego w ciało szkła.
- Wybacz mi za myślenie, że może kłamiesz, aby
uniknąć pincety. – Przekrzywił głowę na bok, a moje serce na chwilę zamarło. –
Chcę zobaczyć resztę.
Ale to oznaczało, że musiałabym odkryć piersi, a
podczas gdy wcześniej był wobec nich przyjazny, teraz było inaczej. Byliśmy pochłonięci
chwilą. Było gorąco, a to było gorące jak zimna burza. Nie wspominając o tym,
że nie powiedział ani słowa o tym, co między nami się wydarzyło. Ja też nie,
ale straciłam moje babskie jaja, gdy wybuchło okno.
Kyler
westchnął. – Musisz robić wszystko tak cholernie trudnym.
-
Wcale nie.
Rzucił mi beznamiętne spojrzenie, po czym chwycił
moje biodra. Nie dając mi żadnego wyboru, podniósł mnie na blat. – Proszę
bardzo.
-
Łajdak – burknęłam.
Zlekceważył
to. – Daj mi zobaczyć klatkę piersiową.
Zarumieniłam
się tysiącem odcieni czerwieni.
- Czy muszę zwrócić uwagę
na fakt, że dopiero co widziałem twoje…
- Nie! – wykrzyknęłam
przerażona. – Nie mów tego. To niczego nie ułatwia.
Jego wargi zadrżały, jakby powstrzymywał uśmiech.
– Obiecuję, że będę w tym zupełnie kliniczny.
Cóż,
to także nie sprawiło, bym czuła się o wiele lepiej.
Podniósł ręce. – Co ty na to? Potraktuję cię
jakbyś była kotem albo psem, które potrzebuje zbadania?
-
Co? – Zmarszczyłam brwi. – Jeeezu. Dzięki.
Wtedy
Kyler się zaśmiał. – No dalej, Syd, przestań być taką dziewczyną.
- Jestem dziewczyną!
- Zaufaj mi, wiem. – Zanim
mogłabym rozszyfrować chrapliwość jego głosu, jego dłonie wystrzeliły, łapiąc
za brzegi puszystego ręcznika. – Puść ręcznik.
- Nie. – Trzymałam mocniej.
- Sydney – warknął. – Puść.
Go.
Widząc, że on nie zamierza odpuścić, ponieważ był
w trybie opiekuńczości, skupiłam się na jego szerokich barkach, poluźniając
uchwyt na ręczniku. Materiał rozstąpił się na przodzie.
Zamiast ściągnąć ręcznik, przyjrzał się małym
nacięciom znajdującym się pod moimi piersiami i w niewielkiej dolinie między
nimi. Przeklinając pod nosem, wyciągnął z szuflady czystą myjkę i zmoczył ją
wodą.
Wracając
do miejsca, gdzie siedziałam, potrząsał głową. – Mogłaś stracić oko.
Albo sutek, ale nie uważałam, żeby to dodanie było pomocne.
- Będzie trochę zimno. Nie chcę zużywać ciepłej
wody. – Gdy skinęłam głową, delikatnie zmył krew, nim przyłożył zmoczone waciki
do nacięć.
Pracował cicho i sumiennie, wrzucając zużyte
waciki do kosza, gdy skończył. Potem wrócił do swojego miejsca przede mną. Jego
wzrok spotkał się z moim na sekundę, po czym wsunął palce pod ręcznik, muskając
skórę moich ramion. Zadrżałam i szybko odwróciłam wzrok, przygryzając wargę.
To…
to będzie interesujące.
Kyler nic nie powiedział ani nie wydawał się
ruszyć, kiedy ręcznik opadł na moje biodra. Patrzyłam na matę przed kuchenną
umywalką, czując jak jego spojrzenie przesunęło się od mojej twarzy na szyję,
podążając za szybko-podróżującym rumieńcem na moich piersiach. Pragnienie do
zakrycia się było trudne do powstrzymania, ale chciałam, żeby patrzył.
Chciałam,
żeby podobało mu się to, co zobaczył.
Pomimo tego, że wiedziałam, iż miało być to
kliniczne, czubki moich piersi zacisnęły się pod jego obserwacją, a
niespełniony ból w moim centrum obudził się do życia z zemstą. Brakowało mi
tchu, jak podniósł myjkę i nachylił się.
- Zimno ci? - zapytał.
Chyba go nienawidzę.
Jego chichot był niski i głęboki, jeszcze
bardziej mnie irytując. – Zrobię to szybko.
- No jasne. – Wierciłam
się, rozdarta pomiędzy byciem ekstremalnie podnieconą, wściekłą i maksymalnie
zażenowaną.
Kyler przesuwał myjką w małych kółkach między
moimi piersiami, zbliżając się coraz bliżej do ich czubków. Mój oddech rósł i
teraz nie byłam pewna czy chciałam, by wiedział, że byłam skonsternowana tym,
co zaszło pomiędzy nami. Pragnął mnie – najwyraźniej – ale nic nie zostało na
ten temat wypowiedziane odkąd opuściliśmy pokój słoneczny. Czy zmienił zdanie,
gdy się uspokoił?
Przy następnym kółku, rękaw jego bluzki musnął
mojego sutka i wciągnęłam gwałtownie powietrze. Z drugiej strony zdarzyło się
to raz jeszcze i nie miałam pojęcia czy robił to celowo.
Ściskałam krawędzie blatu tak, że bolały mnie
knykcie. Waliło mi tętno, gdy przesunął się tak, że stał między moimi nogami.
Jego ręka trzęsła się, kiedy delikatnie przesuwał myjką po mojej prawej piersi,
a potem lewej. Zamknęłam oczy i próbowałam myśleć o czymś obrzydliwym, ale
potrafiłam myśleć tylko o jego dotyku i jak czułam jego palce.
Jestem pewna, że byłam ponad czysta, kiedy
wreszcie odrzucił myjkę na bok, następnie zapiekła mnie woda tleniona. Może to
robić ze mnie kompletną dziwaczkę, lecz lekkie pieczenie w jakiś sposób
podwyższyło moje podniecenie.
- Idealne – mruknął Kyler.
Spojrzałam na niego, a rozpalone oczekiwanie
zwiększyło się, jakby to był mój osobisty Bożonarodzeniowy poranek. – Idealne?
Patrzył na moją klatkę piersiową, po czym uniósł
wzrok. – Wszystko jest idealne.
Odłożył butelkę i położył
ręcznik na moich ramionach, nakrywając mnie. – Nic ci nie będzie.
Bąbel pragnienia prysnął w deszczu epickiej
porażki.
Kyler zaczął się cofać, jego ruchy były nerwowe.
– Pójdę… sprawdzić garaż, zobaczyć czy jest tam takie radio pogodowe. Myślę, że
mama takie miała. I potrzebuję brezentu. Tak, brezentu do okna.
Gapiłam się na niego.
Doszedł do progu, zatrzymał się i potarł dłonią
szczękę. – Możesz założyć teraz sweter. Proszę, załóż sweter.
Nie wiem co wywołało następne słowa z moich ust.
Może to pozostała adrenalina z eksplozji okna, zmieszana z rozszalałymi
hormonami które miały posmak tego, jak mogło być z Kylerem. Szczerze nie wiem,
ale byłam wkurzona i zdezorientowana.
I Bóg jeden wie, że to okropne połączenie, ale
powróciły moje babskie jaja.
- Czemu chcesz żebym założyła sweter, skoro to ty
go zdjąłeś?
Kyler powoli opuścił ramię, jego ręka uformowała
luźną pięść. – Syd, ja… naprawdę nie wiem co powiedzieć.
Siedzenie na blacie jak dziecko nie dodawało mi
korzyści. Zeskoczyłam, przyciskając do siebie ręcznik. – Jak to nie wiesz co
powiedzieć? Myślę, że wcześniej pokryliśmy bazy.
Podszedł krok do przodu z napiętymi barkami. –
Słuchaj. Teraz nie ma na to czasu. Muszę iść po brezent. Muszę dowiedzieć się
czy ktoś naprawdę wystrzelił cholerne…
- Jak zamierzasz dowiedzieć
się tego? Studiowałeś CSI i nic mi nie powiedziałeś?
Uniósł brew. – Nie musisz być mądralińska.
- I nie ma powodu, dla
którego nie możemy teraz o tym pogadać. Chcę…
- Wiem, czego chcesz, Syd.
– Gniew raz jeszcze błysnął na jego oszałamiającej twarzy. – Zaufaj mi, rozumiem. Chcesz, żebym pieprzył
się z tobą jak z pijaną przygodą na jedną noc.
Wzdrygnęłam
się. Na pewno nie tego tak naprawdę chciałam.
- Co? Nie podoba ci się jak to brzmi? Cóż, mnie
też nie. – Tak, był poważnie wkurzony. Mięsień pulsował mu w szczęce, a jego
oczy były niebezpiecznie czarne. – Nie powinienem był pozwolić by zaszło to tak
daleko, ponieważ to się nie wydarzy. Nie jesteśmy tacy. I nigdy nie będziemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz