sobota, 15 marca 2014

Rozdział 22

Kyler

- To jest zapewne najgorszy pomysł, jaki miałeś od dłuższego czasu. – Zgasiłem silnik i oparłem się o siedzenie, zaciskając klucze w dłoniach, postrzępione brzegi wbiły się we wnętrze mojej dłoni. – Poważnie.

Tanner prychnął. – Mogę podać ci całą listę gorszych pomysłów, ale hej, jesteś trzeźwy po raz pierwszy od dwóch dni. W samą porę na święta.

Kładąc głowę na wezgłowiu, jęknąłem. – Nadal czuję się, jakby ktoś wbijał do moich skroni szpikulce lodu.

- Byłeś dosyć pijany – skomentował Tanner, sięgając do drzwi. – Dlatego właśnie uważam, że ta kolacja to najlepszy pomysł na świecie.

Potarłem ręką brodę, marszcząc brwi na rosnący tam zarost. Nie goliłem się od pierwszej nocy w Snowshoe. – Tak, myślisz tak, bo Syd nie nienawidzi cię do szpiku kości.

Tanner przewrócił oczami. – Nie nienawidzi cię do szpiku kości. Nie sądzę, że mogłoby być to kiedykolwiek możliwe.

-  O, to jest możliwe. Zaufaj mi.

-       Posłuchaj, nie wiem, co naprawdę zaszło pomiędzy wami, ale coś zaszło. To nie koniec świata. – Tanner otworzył drzwi i pełno oziębłego powietrza wlało się do samochodu. – Więc przestań być ciotą i wysiadaj z auta.

Posłałem mu nieprzyjemne spojrzenie, ale wysiadłem. Kiedy dołączyłem do niego po drugiej stronie, zadałem pytanie, które zadawałem już dziesiątki razy. – Ona wie, że tutaj będę, prawda?

-       Tak. – Tanner otworzył drzwi, pokazując mi, żebym wszedł. Gdy minęliśmy hostessę, zerknął na mnie. – Dobra. Skłamałem. Nie sądzę, że Syd wie.

-       Co? – Zatrzymałem się na środku przejścia, powodując, że kelner prawie na mnie wpadł. Przeszyłem wzrokiem Tannera. – Jaja sobie robisz?

Tanner położył rękę na moim barku, odprowadzając mnie od zapełnionego okrągłego stolika na mojej drodze. – Nie. Wyluzuj. Jestem pewien, że już wie.

Łatwo mu mówić „wyluzuj”, ale ja czułem się jakbym szedł na przodzie plutonu egzekucyjnego. Wiele razy odkąd Syd wyjechała ze Snowshoe, walczyłem z pragnieniem, aby do niej zadzwonić. Chciałem tylko usłyszeć jej głos i ją zobaczyć. I tak, moje pieprzenie głupie serce biło bardzo mocno, ale Syd dość jasno się wyraziła.

- Jesteś sukinsynem – burknąłem, przeciągając ręką po włosach. Jezu, mogłem się ogolić. Gdy brałem prysznic, wciąż pachniałem whiskey. Te gówno będzie wydzielać się z moich porów przez wiele dni.

Dostrzegłem Andreę, zanim zobaczyłem Syd, a moje serce waliło, jakbym przebiegł tam i z powrotem po dziedzińcu, i pociłem się jak dziwka w kościele na niedzielnej mszy. W jakiś sposób Tanner znalazł się przede mną, dowodząc, że wlokłem się jak cholera.

Ten łajdak zajął miejsce obok Andrei, która miała na twarzy największy, najsztuczniejszy uśmiech jaki widziałem. Oczywiście, że chciałem usiąść obok Sydney. Również chciałem ją dotknąć, przytulić i pocałować. Były inne rzeczy, które chciałem z nią zrobić, rzeczy, które nie dawały mi spać w zamroczeniu alkoholowym z ręką między nogami.

Ale miałem także pewność, że mogłaby kopnąć mnie w jaja.

Musząc doprowadzić się do porządku, powiedziałem sobie, że najlepszym sposobem będzie zachowywanie się normalnie. Mając to w głowie, przeszedłem obok stolika i popatrzyłem na Syd.

Minęło jedno bicie serca i podniosła wzrok, duże niebieskie oczy skupiając prosto na mnie, a to było jak zobaczenie Jezusa. Okej. Może nie zobaczenie Jezusa, ale zdecydowanie czułem się, jakbym został rąbnięty w klatkę piersiową i usłyszał anioły.

Niech. To. Szlag. Była piękna. Nie żebym o tym zapomniał, ale po tym jak sprawy zakończyły się między nami tak źle, wydawało mi się, że minęły lata, nie dni, odkąd ją widziałem. Te oczy… były zdumiewająco niebieskie i przejrzyste. Pod nimi znajdowały się ciemne smugi, o ton ciemniejsze od jej skóry. Chciałem je wygładzić, ale udało mi się trzymać ręce przy sobie. Ale potem opuściłem wzrok na jej usta, a one rozchyliły się, nabierając gwałtownie powietrza. Nikły rumieniec rozlał się na jej policzkach i chciałem gonić go palcami, ustami, językiem…

Każdy patrzył się na mnie.

Odchrząkując, zmusiłem się, żeby usiąść i położyłem ręce na stole. Zerknęłam na Syd. – Hej.

Jej twarz była szkarłatna. Nikt nie czerwienił się tak jak ona. – Hej.

Naprzeciwko mnie Tanner uniósł brew. Andrea zaczęła bawić się kawałkiem chleba, jakby miała dwa latka. Nikt nic nie mówił, a Syd była taka zesztywniała, że myślałem, iż złamie się na pół.

Wow, to było niezręczne jak diabli. Musiałem wyjść.

- Więc, czy wszyscy są podekscytowani świętami? – zaćwierkała Andrea.

Tanner spojrzał na nią i powiedział śmiertelnie poważnym głosem. – Jestem strasznie podekscytowany.

Zmrużyła przenikliwe oczy. – Nie brzmisz na podekscytowanego.

-       Cóż, nie mam dwunastu lat. – Tanner przekrzywił głowę na bok. – Boże Narodzenie nie jest tak interesujące, kiedy dorośniesz.

-       Co takiego? – sapnęła, rozszerzając oczy. – Boże Narodzenie nie jest tak interesujące, kiedy dorośniesz?

Wzruszył ramionami.

- Jesteś nieamerykański – oskarżyła go.

Syd zacisnęła wargi.

Tanner wyglądał na nieprzejętego. – Człowieku, lubię tylko czas wolny od szkoły i jedzenie. To wszystko.

-       Ale święta oznaczają więcej niż tylko to. – Andrea potrząsnęła głową, a loki wszędzie pofrunęły. – Co z prezentami?

-  Nie sądzę, że o to chodzi w Bożym Narodzeniu – skomentował.

Andrea fuknęła. – To o to chodzi w Bożym Narodzeniu. Każdy, kto twierdzi inaczej stara się wyglądać religijnie i tak dalej. Ja mówię jaka jest prawda.

Przesunąłem wzrok na Syd, a ona spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami. Nasze oczy spotkały się i przez chwilę, słodką pieprzoną chwilę, było tak, jak kiedyś. My siedzący razem, słuchając jak Andrea i Tanner drażnią się ze sobą. Powinniśmy brać sobie popcorn, kiedy ta dwójka wchodziła do akcji.

Ale wtedy Syd rzuciła spojrzenie na jej szklankę i zaczęła bawić się słomką, a to było lodowate przypomnienie, że sprawy nie były normalne. Syd nigdy nie była taka cicha, a między nami nigdy nie było napięcia.

Jednak nie mogłem powiedzieć, że żałowałem czasu z nią spędzonego, bo nie żałowałem. Nienawidziłem jak to się skończyło. Patrząc w tył, istniało wiele kobiet, z którymi chciałbym trzymać kutasa w spodniach, ale Syd nigdy nie będzie jedną z nich.

Pojawił się kelner i odebrał nasze zamówienia na picie i jedzenie. Była rozmowa towarzyska na błahe tematy, przeważnie po stronie Tannera i Andrei. Ciągle gadali, żeby nie było niezręcznej przerwy w rozmowie, ale siedzenie tutaj, nie rozmawianie z Syd, było złe na wielu poziomach.

Opierając się o krzesło, spojrzałem na nią. W tej samej chwili uniosła brodę i nasze spojrzenia spotkały się na kolejną sekundę. Czułem się trochę jak nieporadny uczeń. Było tak bardzo źle. – Twoja warga wygląda lepiej.

Zamrugała. Byłem cymbałem.

- Zagoiła się całkiem szybko – powiedziała, skupiając wzrok na szklance. – To tylko mały ślad.

Dobrze było to słyszeć. – Twoja szczęka?

- Wcale nie boli.

Czułem ulgę, słysząc to. Nawet pijany, wychodziłem z siebie ze zmartwienia o nią.

-       Twoje knykcie nadal wyglądają trochę źle – rzekła, sprawiając, że uniosłem wzrok. Spojrzeliśmy sobie w oczy i tym razem podtrzymaliśmy kontakt wzrokowy. – Co?

-       Twoje knykcie – powiedziała cichym tonem, sięgając do ręki, którą miałem na stole. Wstrzymałem oddech, jak przesunęła koniuszkami palców po moich knykciach. Był to dotyk lekki jak piórko, ale przeszedł na wskroś mnie i drgnąłem. Zabrała swoją dłoń, wbijając wzrok w stół. – Bolą?

-  Nie. – Mój głos brzmiał grubo. – W ogóle nie bolą, kochanie.

Podniosła rzęsy, a jej oczy przebiegły po mojej twarzy, jakby czegoś szukała, ale potem spojrzała na drugą stronę stołu.

Andrea odchrząknęła. – Słyszeliście, że przewidują kolejną śnieżycę w następnym tygodniu, na Sylwestra?

I tak rozmowa szła przez jakiś czas. Andrea lub Tanner łagodzili pełną napięcia ciszę jakimś przypadkowym oświadczeniem, Syd i ja ledwo co wypowiedzieliśmy do siebie jedno całe zdanie, a potem przyszło jedzenie.

Syd zamówiła steka, ale pokroiła go jedynie na malutkie kawałki i przesuwała nimi po talerzu widelcem. – Nie jesteś głodna?

Podniosła wzrok, odsuwając włosy wolną ręką. – Chyba zjadłam za dużo chleba.

Spojrzałem na pozostałą połowę bochenka i wygiąłem brew. – Nie wygląda na to, że zjadłaś aż tak dużo.

Zacisnęła palce na uchwycie noża i zastanawiałem się czy fantazjowała o pchnięciu mnie nim. – Skąd wiesz, że nie jest to nasz drugi albo trzeci bochenek?

- To nasz pierwszy – ogłosiła Andrea, przerywając głęboką rozmowę o różnicach pomiędzy zombie z Żywych trupów i 28 dni później.

Syd posłała przyjaciółce spojrzenie, a ja ukryłem uśmiech. Andrea wzruszyła ramionami i odwróciła się z powrotem do Tannera. – Zarażeni nie są tacy sami jak zombie z Żywych trupów.

Tanner pokręcił głową. – Czy jest jakaś różnica?

Potrząsnąłem głową, gdy weszła w głęboki opis różnic. Kątem oka zobaczyłem uśmiechniętą Syd, jak nadziała na widelec kawałek steku. Zerknęła na mnie. – Zakażeni inni – szepnęła.

Uśmiech rozciągnął moje usta i szarpnął mnie za serce. – Wierzę ci.

Przez chwilę patrzyła mi w oczy, a potem zaatakowała kolejny kawałek steka, zanurzając go w puree ziemniaczanym.

- Jedziesz do dziadków na święta? – Było to głupie pytanie. Zawsze jechała, ale chciałem coś powiedzieć.

Syd potaknęła. – Rodzice chcą wyjechać w wigilię i zostać u nich na noc. Co z tobą?

-  Dziadek przyjeżdża w tym roku, będzie miał z nami świąteczny poranek.

-  Wow. Sam jedzie z Morgan County?

-       Tak. – Była duma w moim głosie. – Facet jest stary jak świat, ale nadal porusza się jakby był dwudziestolatkiem.

- Twój dziadek jest bardzo zabawny. Pamiętasz jak próbował zbudować dźwigiem ultrakonserwatywny plac zabaw na podwórku twojej mamy?

Roześmiałem się. – Tak, mama niezbyt cieszyła się z tego powodu.

- Ani sąsiedzi. – Z nawyku – i wiedziałem, że to było to, co do tego doprowadziło – ściągnęła z szaszłyka połowę krewetki i położyła ją na moim talerzu. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co zrobiła, dopóki nie skończyła, ale wtedy zmarszczyła brwi i zamilkła.

Już brakowało mi łatwości pogawędki i poczułem dreszcz jak ostry, arktyczny wiatr. – Powiedziałem mamie o pójściu do szkoły weterynaryjnej.

- Co? – Upuściła nóż, odwracając się do mnie. – Naprawdę?

Podekscytowany faktem, że miałem jej pełną uwagę, zignorowałem Andreę i Tannera, którzy przestali kłócić się na pięć sekund. – Tak.

- No i? – Podniecenie zamieniło jej oczy w świecące szafiry. – Co powiedziała?

Budząca postrach rozmowa odbyła się około kwadrans po tym, jak wszedłem przez drzwi wejściowe, kiedy wróciłem ze Snowshoe. A około kwadrans po tym, zacząłem pić. – Ach, nie była tym zbyt szczęśliwa. Były łzy, ale myślę, że ostatecznie wie, że tego właśnie chcę.

- Rozpłakała się? – Syd skrzywiła się. – O nie.

Skinąłem głową. – Teraz wydaje się czuć z tym lepiej, ale myślę że zajmie jej trochę czasu przyzwyczajenie się do tego. – Odchylając się, rozłożyłem nogi tak, że przyciskałem do niej udo. Całkowicie celowo, a ona nie odsunęła się. Wziąłem to za dobry znak. – Cieszę się, że nareszcie o tym powiedziałem. Tak naprawdę, to dzięki tobie.

- Mnie? – pisnęła.

Tanner przechylił głowę, unosząc brwi.

Potem przywalę mu w twarz. – No wiesz, po tym jak o tym rozmawialiśmy, wiedziałem, że muszę za niedługo coś jej powiedzieć. Ty… ty dałaś mi na to odwagę.

Tanner zakrztusił się.

Poważnie zamierzałem kopnąć go w jaja, ale Syd uśmiechnęła się – uśmiechnęła się tak szeroko i przepięknie, że jaja Tannera być może były bezpieczne. – To wspaniale – powiedziała. – Cieszę się. Naprawdę. Wiem, że tego chcesz i będziesz w tym świetny.

Nacisk opadł na moją klatkę piersiową i było zbyt wiele rzeczy, które chciałem powiedzieć. Teraz nie była odpowiednia pora, ale musiałem coś powiedzieć, bo byłem dwie sekundy od tego, aby rzucić się na nią. – Co robisz potem?

- Nic – odpowiedziała za nią Andrea. – Absolutnie nic.

Syd odwróciła się powoli do Andrei, a ja chciałem uściskać przeklętą dziewczynę. – Więc nie masz nic do roboty – wtrąciłem się, zanim Syd mogła cokolwiek powiedzieć. Obróciła się z powrotem do mnie i czułem się jakby wszystko skupiło się na tej chwili. Jeżeli nie zgodzi się, wiedziałem, że to będzie koniec. Moje mięśnie napięły się, jakbym miał uderzyć w wysoki stok. – Możemy…?

- Kyler Quinn – przerwał mi gładki, gardłowy głos. – Niech to szlag, to będzie mój szczęśliwy wieczór.




Sydney

Kolacja zaczęła się w siedmiu różnych kręgach piekła, ale podczas posiłku odprężyłam się. Nie całkowicie, ponieważ siedzenie obok Kylera było prawdziwym testem samokontroli. Byłam rozdarta między pragnieniem, żeby rzucić mu się w ramiona, a pragnieniem kopnięcia go w krocze.

Ale kiedy patrzył na mnie, jakbym była jedyną rzeczą, której potrzebował w swoim życiu? Zaczynałam kibicować części wspięcia-się-na-jego-kolana, kiedy głos stworzony, żeby sprawić, aby faceci zrzucali spodnie, prześlizgnął się po mojej skórze jak wąż.

Z trudem odrywając wzrok od ciemnobrązowych oczu Kylera, zobaczyłam dziewczynę, którą słabo rozpoznawałam. Kilka minut zajęło mi przypomnienie sobie, że ma na imię Corie. Chodziłyśmy razem do liceum. Nie miałam pojęcia, co robiła przez te lata, ale pamiętałam, kto interesował się nią kilka razy w liceum.

Przesunęłam spojrzeniem po jej czerwonym, opiętym swetrze. Corie miała wymarzone piersi. Spojrzała na mnie i wiedziałam, że od razu zlekceważyła moją obecność. Jakby było niemożliwe, że coś znaczył fakt, iż Kyler siedział obok mnie przy stole.

W każdym innym dniu nie przejęłabym się tym. Raczej byłam przyzwyczajona do podchodzących dziewczyn do Kylera gdziekolwiek poszliśmy. Ten chłopak był w wielu miejscach, ale w tej chwili, po tym wszystkim? Tak, nie poczułam ciepła, ani nie zakręciło mi się w głowie.

Andrea mruknęła coś pod nosem, gdy Kyler powoli odwrócił się. – Hej – powiedział spokojnie. – Co u ciebie, Corie?

Corie położyła rękę na biodrze, jak jej wargi umalowane na czerwono rozszerzyły się w uśmiechu. – Dobrze. Ostatnio nie widziałam cię w pobliżu. Zgaduję, że na święta jesteś w domu?

-       No co ty – mruknęła pod nosem Andrea i byłam pewna, że Corie jej nie usłyszała. Tanner zacisnął usta, nagle będąc zainteresowany jedzeniem na jego talerzu.

-  Tak, jestem na jakiś czas w domu. – Kyler położył ramię na oparciu mojego krzesła. –  Potem wracamy do szkoły.

Jeśli „my” było na coś ukrytym kodem, nikt tego nie pojął, zwłaszcza Corie. Odrzuciła za ramię swoje ładne blond fale i skrzyżowała ramiona. Nawet moje spojrzenie pomknęło prosto do jej dekoltu. – Też jestem na przerwie od Shephard, aż do piętnastego stycznia. Powinniśmy się spotkać.

Tak jakbym w ogóle tam nie siedziała.

- No nie wiem – odparł dyplomatycznie Kyler. – Będę bardzo zajęty, ale dobrze cię widzieć, okej?

Corie zamrugała, a jej usta uformowały idealne O. Ja robiłam to samo. Nawet nie pamiętałam jednego razu, gdzie Kyler dałby kosza ładnej dziewczynie. Po prawdzie powodem mogło być to, że ja tam siedziałam, a biorąc pod uwagę naszą nowo nabytą historię, był trochę bardziej dyskretny niż normalnie.

Pochwyciłam wzrok Andrei i miała największy uśmiech dumnego-kota-co-wypił-śmietanę, a ja nie mogłam powstrzymać uśmieszku goszczącego na moich ustach.

- Cóż, zadzwoń do mnie. Znajdę dla ciebie czas, jeśli ty znajdziesz czas dla mnie. – Corie uśmiechnęła się, ale brakowało jej wcześniejszej pewności siebie. – Do zobaczenia.

Kyler skinął głową.

Po tym jak Corie gdzieś sobie poszła, cisza opadła na stół i uśmieszek zniknął z moich warg. Niepokój przekręcił jedzeniem w moim żołądku i chciałabym nie zjeść tego, co zjadłam. Tanner nadal przyglądał się swojemu jedzeniu, jakby miał być z niego przepytywany. Andrea była niezwykle cicha, co oznaczało, że zaczęła się apokalipsa, a Kyler wpatrywał się w przestrzeń, mięsień pracował w jego szczęce. Nie wiem, co dokładnie sprawiło, że wtedy wszystko na mnie opadło, ale nagle zorientowałam się, naprawdę zrozumiałam, że to co wydarzyło się między nami dotknęło każdego aspektu naszych żyć.

Nawet naszych przyjaciół.

Ponieważ w tej chwili, Tanner i Andrea najprawdopodobniej doświadczali szalonego przypadku zażenowania z drugiej ręki albo po prostu nie wiedzieli jak poradzić sobie z tą sytuacją. Może współczuli mi albo czuli się niezręcznie w imieniu Kylera. Zapewne czekali, żeby zobaczyć jak zareaguję, czy wścieknę się, będę zazdrosna albo ucieknę we łzach.

Nawet gdybyśmy zapomnieli o tym z Kylerem i ruszyli dalej jako przyjaciele, nasi przyjaciele zawsze czuliby się niekomfortowo. Ciężar tej wiedzy opadł na moje barki i skuliłam się, nie chcąc niczego bardziej jak pójść do domu i wleźć do łóżka.

Prawda, bez względu na to co powiedziała Andrea czy w co chciałam uwierzyć, była taka, że Kyler nie był typem faceta, który interesował się zobowiązaniami. A gdyby chciał być ze mną, zadzwoniłby albo zrobił coś po tym jak wyjechałam. Cokolwiek innego od urżnięcia się w sztok i oczywiście zapewne chciał ocalić naszą przyjaźń. On był… był dobrym facetem w taki sposób.

Andrea uśmiechnęła się do mnie i zdawała się wyczuć jak bardzo opadł mój humor. – Jesteś gotowa, żeby wyjść stąd?

Ignorując ostre spojrzenie Kylera, potaknęłam. Nie sądzę, że chciałam w tamtej chwili czegoś innego od wydostania się stamtąd.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz