sobota, 15 marca 2014

Rozdział 4

Kyler

Cholera. Cholera. Cholera.

Moje stopy waliły w oczyszczone części chodnika, których nie było wiele, a mój oddech wychodził w małych, białych chmurkach. Naprawdę mogłem odpuścić sobie dzisiejszy bieg, ale musiałem wyjść i rozruszać mięśnie.

Musiałem pobiegać.

Palenie w mięśniach i zimne powietrze działało diabelnie dobrze na oczyszczenie mózgu, ale cierpkie gówno wciąż tkwiło w moim żołądku i nie miało to nic wspólnego z alkoholem, który wypiłem zeszłej nocy.

Powinienem był pieprzenie wiedzieć lepiej.

Sydney zawsze była obsesyjnie wcześnie. Dzisiaj nie mogło być inaczej. Wszystko to wzięło się z czwartej klasy, kiedy spóźniła się do szkoły i musiała sama wejść do klasy. Wszyscy patrzyli na nią, gdy potknęła się i upuściła swoją tęczową teczkę. Klasowy łobuz – Kris Henry – zaśmiał się z niej, co doprowadziło do tego, że śmiała się połowa klasy.

Walnąłem go za to. Zostałem przez to wezwany do gabinetu dyrektora, ale było warto, żeby skopać tyłek temu kretynowi. Boże, tylko o tym myśląc, chciało mi się znowu uderzyć Krisa Henry’ego.

I gdy już przy tym jestem, to chciałem również walnąć siebie za ten poranek.

Ostatnią rzeczą, której chciałem, to żeby Sydney była świadkiem spaceru wstydu. Nie był to pierwszy raz, ale za każdym razem, gdy to się wydarzało, przysięgałem, że będzie to ostatni raz. Tyle że nigdy nie było ostatniego razu.

Okrążając miejski blok, przeszedłem przez ulicę do małego parku na trawę. Moje myśli pognały w naprawdę dziwnym kierunku. Kiedy poznałem Syd, moje życie było zupełnie inne od teraźniejszego. Moja mama i tato ledwie wiązali koniec z końcem, prowadząc bar, który kupili. Bony żywnościowe zapewniały nam jedzenie na stole, a moje ubrania kupowane były w lokalnej Dobrej Woli. Choć było to pokręcone, to dopiero po śmierci mojego ojca, kiedy byłem w gimnazjum, bar odniósł nagły sukces.

Pieprzony wypadek samochodowy ukradł jego życie i nigdy nie miał szansy zobaczyć, że spełniły się ich marzenia.

Mama zainwestowała jego ubezpieczenie życiowe w odrestaurowanie biznesu. Teraz miała pieniądze i szaleńczo udany biznes, a ja byłem przygotowywany na jego przejęcie, ale można było wsadzić mój tyłek w nowiutkie tenisówki, modne dżinsy i nowe auto, a ja wciąż będę tym samym białym, biednym chłopcem z przyczepy, który nie mógł uwierzyć, że ładna dziewczynka z klasy chciała się z nim przyjaźnić.

Mój umysł poszedł w jeszcze dziwniejszą stronę. Pomyślałem o jednym razie, kiedy wspinałem się po drzewie, żeby dostać się do jej sypialni. Chorowała na mononukleozę i nasi rodzice rozdzielali nas z oczywistych powodów, ale martwiłem się o nią. Syd zawsze była mała i czułem, że muszę się nią zaopiekować.

Tamtego dnia spadłem z tego cholernego drzewa i niemal złamałem nogę.

Po tym nasi rodzice nie starali się już nas rozdzielać i nie miało to znaczenia, bo i tak tydzień później skończyłem z mononukleozą. Ale ona tak bardzo się cieszyła, kiedy w końcu dostałem mój głupi tyłek do jej sypialni. Choć była taka chora, jej uśmiech rozjaśnił jej twarz, jej niebieskie oczy zaiskrzyły się i w ogóle.

Zawsze miałem słabość do jej oczu.

I cały czas tak było. Rok po roku, kiedy mnie widziała to zawsze się uśmiechała, a jej oczy stawały się takie jasne i takie niebieskie, że nie mogłem nie pomyśleć, że są piękne. Więc widzenie, jak jest rozczarowana, gdy jakaś przypadkowa dziewczyna wychodzi z mojego mieszkania było zabójcze.

Ludzie, spieprzyłem dzisiaj rano. Jedna wtopa wśród stu, jeśli nie tysiącu, i za każdym razem cholernie się bałem, że będzie to ostatni raz. Że będzie miała już dość mnie - dziewczyn, imprezowania, wszystkiego – odkryje, że będzie jej tysiąc razy lepiej beze mnie i odejdzie z mojego życia.

I to się w końcu stanie. Wiedziałem o tym.

Okrążając park, przyśpieszyłem, unikając zamarzniętych kałuż. Sydney była idealna – rzeczywistym ucieleśnieniem idealnej kobiety. Była praktycznie nieskazitelna i świeża. Była nietykalna.

Była dla mnie wszystkim.

Spędziłem lepszą część mojego życia starając się nie spieprzyć dla Syd, a jednak żałośnie doznawałem niepowodzeń. Widziałem spojrzenie w oczach Syd, gdy Mindy wyszła z łazienki i wiedziałem, że myślała, że zeszłej nocy spałem z tą laską. Co nie wymagało olbrzymiego skoku logiki, ale to nie tak, że nie miałem standardów albo kodeksu moralnego, do cholery.

Byłem pewien, że nie zaprosiłem Mindy, ale i tak wylądowała w moim mieszkaniu. Położyłem jej pijany tyłek na kanapie i zamknąłem drzwi sypialni, i to było na tyle. Nie winiłem Syd za myślenie o najgorszym i tak naprawdę nie było sensu w poprawieniu jej przypuszczenia.

To nic nie zmieniało.

Sydney Bell zawsze była i zawsze będzie dla mnie o kilka piedestałów za wysoko.




Sydney

Około godzinę później Kyler był świeżo umyty i miał na sobie ubranie. Wstyd zakrywać takie ciało, ale dalej udawało mu się wyglądać dobrze w znoszonych dżinsach i starej bluzie z mokrymi włosami opadającymi na czoło.

Przerzucił czarny futerał z gitarą przez ramię, a ja nie mogłam powstrzymać podekscytowania – chłopak potrafił grać. A te palce? To jak poruszał nimi strunami sprawiało, że moja wyobraźnia radośnie podskakiwała za każdym razem, gdy grał.

Nie było nic seksowniejszego niż facet grający na gitarze. Okej. Może facet na motocyklu. To też było dość gorące.

Westchnęłam, wychodząc z nim na zewnątrz, zakładając rękawiczki. Musiałam mieć seks, bo moje myśli poważnie stawały się niepokojąco skupione na seksie. Całkiem komiczne, biorąc pod uwagę, że nie zaliczałam pierwszego – i jedynego – razu, kiedy uprawiałam seks. I szczerze nie rozumiałam, o co chodziło. Wiedziałam, że musi coś w tym być, ponieważ tylko o tym wszyscy gadali i zważywszy na niewyczerpany zapas dziewczyn dla Kylera, musiało być więcej niż pchanie, ból i niezręczne dźwięki. Wyrzucając te myśli z głowy, gdy kierowaliśmy się na zewnątrz, skupiłam się na czymś mniej zawstydzającym.

- Myślisz, że wielka burza nas ominie? – Oglądałam wiadomości, gdy on wyszedł pobiegać, a tam podali wieści z ostatniej chwili o wietrze północno-wschodnim. Wcześniej w tym tygodniu mówili, że ominie Zachodnią Wirginię, ale wyglądało na to, że burza przesuwała się bardziej na południe niż oczekiwano.

Niosąc jego bagaż i mój, zatrzymał się za swoim Durango. – Jedziemy do ośrodka narciarskiego, Sky, gdzie jest śnieg. Trochę więcej nie zaboli.

Chciałam podnieść moją walizkę, ale odepchnął mnie z drogi. Zerkając na szare niebo, zaczęłam obgryzać paznokieć. – Ale mówią, że to może być burza stulecia czy coś takiego.

Zachichotał, sięgając i odciągnął moją rękę od ust. – Jak śniegomageddon?

Uśmiechnęłam się szeroko. – Tak, coś takiego. Powinniśmy zadzwonić do Andrei i zobaczyć czy chcą poczekać i dowiedzieć się czy burza ominie ten obszar Zachodniej Wirginii? Wiem, że jedzie z Tannerem i resztą. Paul jedzie sam.

Uśmiech zszedł z jego twarzy, jak zamknął tylne okno i podszedł do mojej strony samochodu. Przytrzymał otwarte drzwi. – Tak w ogóle, kto zaprosił tego palanta?

Usiadłam na miejscu pasażerskim. – Paul nie jest palantem.

- Jest kretynem. – Kyler zamknął drzwi. Patrzyłam jak obchodzi przód samochodu i wsiada za kierownicę, gdzie podjął na nowo wątek. – Kto go zaprosił? Andrea?

Stwierdziłam, że niechęć Kylera do Paula była rzeczą typu jedna noc, zbyt dużo drinków. – O co chodzi z tym przezywaniem? Paul jest całkiem fajny i cały czas był dla ciebie miły. Jaki masz problem?

Kyler wjechał autem na ulicę. Zaciskał szczękę tak mocno, że myślałam, że złamie zęby. – Po prostu go nie lubię.

Zmarszczyłam brwi, potrząsając głową. – Okej. W każdym razie, to ja go zaprosiłam, więc mam nadzieję, że nie będziesz dla niego dupkiem.

- Ty go zaprosiłaś? – Rzucił mi szybkie spojrzenie, zanim sztywno odwrócił wzrok na drogę. – Zaprosiłaś go do domu mojej mamy bez pytania?

Wpatrując się w niego, nie miałam zielonego pojęcia, skąd wzięło się to nastawienie. Choć Kyler potrafił być czasami humorzasty. Najwyraźniej był to jeden z tych momentów. – Powiedziałam, że go zapraszam tygodnie temu i wtedy nie miałeś z tym problemu.

-       Musiałem być pijany, kiedy mnie zapytałaś – mruknął, jadąc drogą prowadzącą do obwodnicy. – Paul? Lubisz go czy coś?

-  Co? – Zagapiłam się na niego. – Jest miłym facetem.

Długimi palcami uderzał o kierownicę. – Nie o to pytałem.

Odpowiedź zajęła mi kilka chwil. Paul był naprawdę miły oraz zabawny i prawdopodobnie nie wykopałabym go z łóżka za jedzenie krakersów. – Nie – powiedziałam w końcu. – Nie lubię go w tym sensie.

Kyler nic na to nie powiedział i nie mówił nic, dopóki nie wjechaliśmy na obwodnicę. – Myślę, że on cię lubi.

Uniosłam brew, przypominając sobie, jak zeszłej nocy oskarżył Paula o przyglądanie nam się. – Myślisz, że on mnie lubi?

Potaknął szorstko.

Andrea powiedziała to samo niezliczoną ilość razy wcześniej, ale zawsze myślałam, że to był jej sposób na przekonanie mnie do bycia zapatrzoną w kimś innymi niż Kylerze.

– Skąd w ogóle możesz to wiedzieć, skoro najwyraźniej nie jesteś z nim najlepszymi przyjaciółmi?

-       Czemu? – Łatwo wjeżdżając na pas szybkiego ruchu, zerknął na mnie. – Czy wiedza, że jest na ciebie napalony zmienia to, jak o nim myślisz?

-  Co? – Wyrzuciłam w górę ręce, sfrustrowana. – To jest głupia rozmowa.

Kyler błysnął szybkim uśmiechem, ale jego oczy były tak ciemne, że niemal wydawały się czarne. – I jestem facetem. Wiem, kiedy inny facet pragnie dziewczynę. Jest to w sposobie, w jakim na nią patrzy. To mówi wszystko.

Gryzłam paznokieć kciuka. Może mogło w tym coś być, ponieważ umieranie z rozpaczy za Kylerem było głupie, a jeśli Paul był chętny… - Gadasz bzdury.

-       Gapi się na ciebie zawsze kiedy wychodzimy. – Urwał i wyciągnął rękę, ciągnąc za mój rękaw, aż opuściłam dłoń. – A jeśli chcesz wiedzieć, jak na ciebie patrzy, to tak jakby pieprzył cię wzrokiem.

-       Och. Wow. To romantyczne. – Potajemny mały przypływ przyjemności przeszedł przeze mnie, bo miło było wiedzieć, że ktoś myślał, że jestem atrakcyjna, nawet jeśli ktoś, kogo nie chciałam.

Prychnął. – Taka prawda. Choć nie wiem co ten koleś sobie myśli.

Powoli odwróciłam się do niego. – A co to dokładnie znaczy?

- Próbując się do ciebie dobrać – dokończył, mrużąc oczy i wpatrując się w zielone znaki znakujące wyjazd. – Postradał zmysły. Nie jesteś…

Wolne palenie wypełniło mój żołądek, podróżując przez żyły, jak kwas. Wiedziałam, że nie byłam typem dziewczyny, dla której każdego dnia faceci opuszczali majtki, ale nie byłam taka zła, żeby facet musiał postradać zmysły, żeby chcieć przespać się ze mną.

Gniew kipiał jak gotująca się woda, ale pod tym zaogniło się głębokie zranienie, napędzając moje słowa. – Nie jestem co? Dziewczyną, która nie sypia z przypadkowymi facetami, których spotyka w barze? Kimś kto najwyraźniej ma gust i poczucie własnej wartości?

Podniósł brwi. – Hola. To…

-       To są typy dziewczyn, które lubisz – wtrąciłam, zaciskając ręce w maleńkie pięści. – Tylko dlatego że taka nie jestem, to znaczy, że żaden inny facet nie chciałby ze mną być? Może Paul po prostu ma gust i nie lubi dziewczyn o imieniu Mindy.

-       Okej – powiedział powoli. Mięsień zadrżał w jego szczęce, gdy patrzył prosto przed siebie. – Po pierwsze, ostatni raz jak sprawdzałem, miałem znakomity gust. Po drugie, jestem dorosły. Tak jak dziewczyny, z którymi spędzam czas. Po trzecie… - Ile punktów zamierza wymienić? – w porządku jest się bawić, Sydney. Bawić. Jak coś, co istnieje poza czytaniem książek i chodzeniem na zajęcia.

Otworzyłam szeroko usta. – Wiem, jak się bawić, dupku.

Kyler uśmiechnął się ironicznie. – Gówno prawda. Jesteś najsztywniejszą osobą, jaką znam. Jesteś…

- Jeśli powiesz oziębła, to skopię ci tyłek i rozbiję ten samochód. – Moje serce boleśnie łomotało. – Poważnie.

Wtedy na mnie spojrzał, prawie jakby był zaskoczony. – Nie zamierzałem tego powiedzieć, Syd. Nigdy bym tego nie powiedział.

-  Nieważne – wymamrotałam.

-  W każdym razie, oderwałaś mnie od mojego ostatniego punktu.

-  No co ty nie powiesz.

Wrócił doprowadzający do szału półuśmieszek. – Nie ma nic cholernie złego z przyjaciółkami, które przyprowadzam do domu.
-        
-       Ale ze mną jest coś złego? – W chwili, kiedy te słowa opuściły moje usta, chciałam się walnąć. Nie wydaje mi się, że mogłabym brzmieć bardziej żałośnie.

-       Poza faktem, że powinnaś nosić znak, mówiący „nawiązujesz kontakt na własne ryzyko”? Nie. Nie jest z tobą nic złego, kochanie.

-  Och, zamknij się, do diabła.

Kyler wciągnął głęboki wdech i wolno go wypuścił, pewien znak, że był blisko stracenia cierpliwości. – Czasami nawet nie wiem, jak jesteśmy przyjaciółmi – rzekł, przesuwając ręką przez włosy. – Szczerze nie wiem.

Łzy napłynęły mi do oczu i szybko odwróciłam się do okna. Nacisk opadł na moją klatkę piersiową, silny ból, który sprawiał mi trudności z oddychaniem. Naprawdę byliśmy lwem i kulawą gazelą.

- Ja też nie – wyszeptałam.




Droga była boleśnie niezręczna, na takim poziomie, że wyskoczenie z jadącego pojazdu wydawało się być realną opcją. Trafiliśmy na zablokowany ruch publiczny, co dodało do naszej podróży półtorej godziny a potem na nawałnicę śnieżną. Po naszej małej kłótni Kyler włączył radio, przez całą drogę zostawiając go na stacji hard rocka. Tak. Nie był w lepszym humorze.

Czasami nawet nie wiem jak jesteśmy przyjaciółmi.

Au.

To nie był pierwszy raz, kiedy kłóciliśmy się z Kylerem, ale zazwyczaj nie tkwiliśmy razem w aucie zaraz po wydarzeniu. Nawet nie mogłam wylizać swoich ran na osobności.

Gdy mieliśmy jeszcze godzinę do Snowshoe, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby napełnić bak. Kiedy poszedł do sklepu kupić przekąskę, zadzwoniłam do Andrei.

- Gdzie jesteście? – zapytałam, patrząc na mój nierówny paznokieć kciuka.

Głos Andrei był przyciszony, a potem. – Utknęliśmy przed Frederick. Uderzyliśmy w tą ogromną śnieżycę. Totalnie nas zsypuje. Ha. Skumałaś… Hej! Zamknij się, Tanner. To było zabawne. Powiedz mu, że to było zabawne, Sydney.

-       To było zabawne – odparłam. – Wracając do śniegu… czy to część wiatru północno-wschodniego? Zmienił drogę?

-       Na to wygląda – urwała. – Chyba za niedługo będziemy musieli zatrzymać się i to przeczekać, więc spóźnimy się.

Spóźnią? Więcej czasu sam na sam z Kylerem. Świetnie. Chciałam uderzyć głową o deskę rozdzielczą.

- Co się z tobą dzieje? – zapytała Andrea. – Jest początek ferii zimowych naszego ostatniego roku, a ty brzmisz, jakby ktoś przejechał ci kota i położył go na twoim łóżku.

Fu. Zrobiłam minę. Miałam takich dziwnych przyjaciół. – Nie wiem. Wcześniej pokłóciłam się z Kylerem, więc nie jest to fajna jazda.

Andrea roześmiała się. – Wy cały czas się kłócicie.

- Teraz było inaczej.

Chwila milczenia, a potem odezwała się bardzo cicho. – Była z nim tamta dziewczyna, kiedy rano do niego przyszłaś?

Wzdrygnęłam się, wiedząc, że Tanner i ktokolwiek inny, kto był w samochodzie prawdopodobnie mógł usłyszeć rozmowę.

-  Wiedziałam! – wykrzyknęła. – Czasami on jest taką kanalią. Ty…

-       Wszystko w porządku, Andrea. – Zerknęłam przez okno. – Hej, on wraca. Zadzwoń do mnie, kiedy będziecie wiedzieć, że się zbliżacie. Bądźcie ostrożni.

-  Wy też.

Kyler wsiadł do środka, wytrzepując z włosów cienką warstwę śniegu. Potem sięgnął do plastikowej torby i wyciągnął piwo imbirowe – moje ulubione – i mi je podał.

- Dziękuję – powiedziałam.

Burknął coś niewyraźnie.

Nabrałam głębokiego tchu i odważyłam się na niego spojrzeć. Rozrywał paczkę suszonej wołowiny, objeżdżając dystrybutory paliwa. – Właśnie rozmawiałam z Andreą. Utknęli przed Frederick z powodu śniegu. Będą późno. Może my…

- Nic nam nie będzie.

I to były ostatnie słowa, którymi się wymieniliśmy. Reszta podróży trwała w milczeniu. Chociaż nadal chciałam odpiąć pas i uderzyć go kilka razy w brzuch, to nie chciałam tak właśnie zacząć ferii zimowych. Nadal mieliśmy potem jechać do naszych rodzin.

Wydawała się minąć wieczność, zanim zobaczyliśmy znak Snowshoe tuż za Marlinton. Do tego czasu stałe podmuchy śniegu ustały, wywołując nadzieję, że może walnie w nas tylko gigantyczna burza, nic więcej.

Snowshoe Mountain naprawdę było piękne. Jak zimowa bajkowa kraina ze świeżym śniegiem i głównym domkiem unoszącym się na kilka pięter, majestatycznie umieszczonym między wysokimi, ośnieżonymi wiązami górskimi i stokami. Wąskie uliczki pomiędzy mieszkaniami i przedsiębiorstwami, latarnie stojące wzdłuż ulic i wiele domków letniskowych skupionych razem zawsze przypominało mi Biegun Północny. Z ciężkimi chmurami i zbliżającym się zmierzchem, już świeciły połyskujące białe światła otaczające słupy i osłaniające mniejsze jodły.

Minęliśmy Starbucksa, w chwili kiedy zamigotały jego świąteczne światełka i grupę ludzi rozlewających się z tamtych drzwi, śmiejących się i trzymających parujące kubki kawy.

Ludzie, brakowało mi mojej cappuccino.

Gdy wjechaliśmy na wzgórze, widziałam podnoszące się w dali narty. Te rzeczy cholernie mnie przerażały. Stopy wiszą ci w powietrzu i powinno się zeskoczyć? Ta, nie moja idea zabawy. Zwinięcie się w kłębek przy ogniu i czytanie dobrej książki?

Bardziej w moim stylu.

Ośmieliłam się szybko zerknąć na Kylera. Napięcie zniknęło z jego szczęki, a oczy były jaśniejsze, już wypełniając się błyskiem podekscytowania. Uwielbiał Shay’s Revenge, najokropniejszy stok, jaki miał do zaoferowania Snowshoe. Tylko patrzenie na 1500-metrowy pionowy spadek sprawiało, że chciało mi się wymiotować.

Domek Quinnów był tuż przy stokach i jednym z większych prywatnych domów. Dwupiętrowy z wieloma sypialniami i podrasowaną piwnicą z dużym telewizorem, stołem do bilardu i różnymi innymi chłopięcymi zabawkami. Będzie nasz na tydzień.

Kyler zahamował i wyskoczył, wprowadzając kod zabezpieczający do drzwi garażowych. Otworzyły się z głośnym brzękiem. Nawykowo, odpięłam pas i przeszłam na miejsce kierowcy. Kyler zniknął w garażu i chwilę później światło zalało przestrzeń.

Ledwo co sięgałam pedałów, ale wjechałam ogromnym autem na jego miejsce między trzema skuterami śnieżnymi, reflektory oświetlały stos wyposażenia narciarskiego. Gasząc silnik, otworzyłam drzwi i zaczynałam zeskakiwać, kiedy pojawił się Kyler.

Nim mogłabym wypowiedzieć słowo, położył ręce na moich biodrach. Wypuściłam oddech spomiędzy zębów na ten intymny kontakt. Już dzisiaj drugi raz dorwał się do moich bioder. Nie to, że narzekałam, ale gorąco gotowało się w moim żyłach, kurcząc palce u stóp w moich botkach, a moje biedne ciało miało swój limit.

- Proszę – powiedział lekkim tonem. – Jesteś wielkości małej chihuahuy. Zrobisz sobie krzywdę.

Kyler wyciągnął mnie z Duranga, a ja złapałam za jego przedramiona. Twarde mięśnie napięły się pod moimi dłońmi i mądra riposta umarła na czubku mojego języka. Dotykał mnie, co prawdopodobnie oznaczało, że już nie był na mnie wkurzony, a ponieważ palcami obejmował moje biodra, nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego byłam na niego zła.

- I jesteś cała i zdrowa.

Wymamrotałam coś – nie mam pojęcia, co to było. Wiedząc, że jeśli na niego spojrzę, jak blisko były nasze usta, możliwe że przycisnęłabym wargi do jego i naprawdę się zawstydziła. Skupiałam spojrzenie na jego czarnych butach. Pocałunek? Nawet nie powinnam o tym myśleć, z wielu różnych powodów. On mnie widział tylko jako przyjaciółkę i jeden Bóg wie, gdzie były jego usta przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Myślenie o tym powinno stłumić moje pobudzenie, lecz tak się nie stało. Moja wyobraźnia zilustrowała jego dłonie przesuwające się po moich biodrach, żeby objąć mój tyłek. Na myśl o tym, mrowiła mnie skóra. Ciepło wkradło się na moje policzki i wciągnęłam gwałtownie oddech.

- O czym myślisz?

Podniosłam głowę na niski ton jego głosu, a on puścił moje biodra. Od razu brakowało mi jego dotyku. – Uch, o niczym… całkiem o niczym.

Uniósł brew, ale nic nie powiedział. – Chcesz wejść do środka i zapalić światła, kiedy ja pójdę po bagaże?

Szczęśliwa, że mogę się wyrwać, skinęłam głową i praktycznie pobiegłam do drzwi. Co do diabła było ze mną nie tak? Moje ręce drżały, jak otworzyłam drzwi do małego korytarza prowadzącego do piwnicy. Gdy przesuwałam dłonią wzdłuż ściany, kazałam sobie wziąć się w garść. Nie mogłam spędzić całego tygodnia pożądając nieosiągalnego.

Odnajdując włącznik, pstryknęłam go i pośpieszyłam obok przykrytych stołów do bilardu. Powietrze pachniało cynamonem i sosną. Wchodząc po schodach, weszłam na pierwsze piętro. Wnętrze domu było tak piękne jak na zewnątrz. Szeroki, kwadratowy hol prowadził do dużego salonu z przestronną kuchnią i formalną jadalnią.

Ostatnio musiała być tutaj mama Kylera. Choinka stała przed oknami w holu. Były pod nią dwa prezenty.

Zaciekawiona, podeszłam do drzewka, moje buty były ciche na podłodze z twardego drewna. Ukucnęłam i podniosłam prezent zawinięty w czerwień i zieleń, czytając małą karteczkę przyczepioną do błyszczącej kokardy.

Sydney – otwórz to, jak będziesz już w domu i będzie poranek świąteczny. Żadnego oszukiwania!

Kocham, Mary


Uśmiechnęłam się, odkładając prezent pod choinkę. Był też jeden dla Kylera a z parapetu za drzewkiem wisiało kilka pończoch, każde dla naszych przyjaciół. Mama Kylera była niesamowita. Poza faktem, że zarobiła milion dolców zakładając własną spółkę, była jedną z najsłodszych kobiet, jakie znałam.

- Co tam masz? – zapytał Kyler, odkładając pokrowiec na gitarę przy salonie.

Podnosząc się, odwróciłam się, zdziwiona tym, że nie zaczęłam od razu się ślinić ani nie poddałam się głupiemu pomysłowi odsunięcia pasemka jego włosów, które opadło mu na czoło. – Twoja mama zostawiła nam prezenty, ale nie wolno nam ich otworzyć, dopóki nie będziemy w domu i będzie Boże Narodzenie.

Zaśmiał się, obchodząc schody prowadzące na drugie piętro. – Założę się, że to tandetny świąteczny sweter.

Poszłam za nim na górę. – Twoja mama nigdy nie dałaby tandetnego prezentu.

-  Nie. Zazwyczaj twoja mama tak robi.

-       Prawda – odparłam, przesuwając dłonią wzdłuż połyskującej poręczy. Mama była taka banalna, kiedy chodziło o Boże Narodzenie. – Wiesz, potrafię nieść własne rzeczy.

- Dziewczyna nie powinna nosić bagażu. – Spojrzał przez ramię. – Zwłaszcza taka, co waży 40 kilogramów.

Wywróciłam oczami. – Nie wiem o jakiej dziewczynie mówisz, bo jestem pewna, że sam mój tyłek waży 40 kilogramów.

- Mhm. – Zatrzymał się najwyższym piętrze. Było tam pięć sypialni, każda z własną łazienką. – Który pokój chcesz? Andrea zostaje z Tannerem, prawda?

Zależy czy kiedy tu dojadą, będą gotowi się zabić, czy nie, ale potaknęłam. – Może być każdy pokój, naprawdę.

- Co powiesz na ten? – Przeszedł przez korytarz, zatrzymując się pomiędzy dwoma ostatnimi. Pokój, w którym normalnie zostawał był dokładnie po drugiej stronie korytarza. Nie mogłam się powstrzymać od myślenia, że będzie słyszał każdego kto wejdzie i wyjdzie z tego pokoju. Nie żebym miała jakiś ruch.

A on? Westchnęłam. Będzie tutaj jak na przystanku autobusowym.

Kiedy znowu potaknęłam, otworzył drzwi i wszedł do środka, kładąc moją walizkę na ciemnobrązowej narzucie. – Myślałem o pójściu do głównego domku na kolację. Chcesz ze mną iść?

Zapewne dla mnie dobrym pomysłem byłoby zostanie i danie mu przestrzeni, ale byłam głodna i… cóż, chciałam spędzić z nim czas. – Pewnie. Kiedy chcesz wyjść?

- Za około godzinę. – Kyler podszedł do drzwi i zatrzymał się, spoglądając na mnie. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy uniósł usta w półuśmiechu, zaciskając rękę wokół paska jego ogromnej torby. – Do zobaczenia.

Czekałam, aż zamknie za sobą drzwi, zanim opadłam na łóżko i podniosłam wzrok na drewniane belki. Naprawdę musiałam wyeliminować to gówno. Do tej pory wytrzymałam bez pokazywania mojego pociągu. W tym tygodniu nie będzie inaczej – nie mogłam ryzykować zniszczenia naszej przyjaźni. Pożądanie Kylera skończy się tylko w jeden sposób: złamanym sercem.

I mnóstwem seksualnej frustracji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz