Kyler
Szczerze mówiąc nie to było moją intencją, gdy
wszystko zacząłem. Do diabła, nie byłem nawet pewien czy wiedziałem co
zacząłem, kiedy ją pocałowałem, pomijając to, że tego pragnąłem i że pragnąłem
by przestała płakać, by zrozumiała, że zasługuje na o wiele więcej niż prosiła.
Ale teraz?
Tak, wszystko o czym myślałem to zaspokojenie
jej, a potem pójście spać – myśli aczkolwiek niewygodnie – wyskoczyły przez
okno w sekundzie, gdy chwyciła mnie w swoją małą dłoń. Nawet z moją ręką na
niej, wiedziałem, że nie powinienem jej na to pozwolić. Straciłem rachubę ile
razy już dostałem robotę ręczną i wydawało się to przeciw naturze bym odmówił,
ale Syd…?
Było tak jakby moje najdziksze fantazje spełniały
się jeszcze raz, a z jej smakiem nadal utrzymującym się w moich ustach, nigdy w
życiu nie byłem twardszy. Nikt, żadna dziewczyna, jaką znałem była niczym w
porównaniu do tego jak się czułem z nią wokół moich palców i przy ustach.
Ale to była Sydney, cholernie piękna Syd.
Spojrzała na mnie przez swoje ciemne rzęsy i do
diabła, ja zawsze głupiałem, gdy patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami. Mały,
niepewny uśmiech pojawił się na jej spuchniętych wargach.
-Wezmę to za tak?
Gorliwość w jej spojrzeniu była moją zgubą, a
moja samokontrola złamała się szybciej niż jajka uderzające o podłogę.
To prawdopodobnie zrobi ze mnie największego
dupka w kraju, ale pieprzyć to całe dobre wychowanie. Byłem sekundy od dojścia,
a nadal miałem na sobie swoje dresy. Jak niewygodne by to było? Zdjąłem rękę z
jej dłoni.
-Weź to za co tylko chcesz, kochanie.
Na jej ustach rozprzestrzenił się uśmiech tak
jasny, że prawie ciężko było na niego patrzeć. Ciśnienie ścisnęło moją klatkę
piersiową, nieoczekiwane i intensywne. Poruszyłem się by ją zatrzymać, ale
wtedy jej ręka zsunęła się w dół mojej długości i… i tak, miała mnie. Byłem
jej. W rzeczywistości nawet jeśli byłem z kimś innym, ja zawsze należałem do
Syd. Opierając wagę na ramionach, podniosłem się tak, by mogła ściągnąć mi dresy. Zorientowałem się, że się waha co do
bokserek, więc nie byłem zaskoczony, gdy się zatrzymała z ręką owiniętą wokół
ich gumki.
Spojrzała w górę z uniesionymi brwiami.
-Bożonarodzeniowe elfy?
Koślawo wzruszyłem ramionami.
-Trzymam się schematu.
-No właśnie widzę. – przygryzła swoją cholerną
dolną wargę i to sprawiło, że ponownie chciałem ją pocałować, ale wtedy
ostrożnie pociągnęła w dół moje bokserki, uwalniając mnie, a powietrze, które
wstrzymywałem, gwałtownie uleciało z moich płuc. Nie zatrzymała się dopóki one
też nie dołączyły do moich dresów i wtedy usiadła z kocem owijającym się wokół
jej talii.
Cholera.
Patrząc na nią całe moje
ciało drgnęło. Cholera, była diabelnie seksowna z ciemnymi włosami opadającymi
na ramiona i częściowo zasłaniającymi piersi. Ten kto powiedział, że mężczyźni
byli wzrokowcami, miał całkowitą rację. Sięgając do niej, przesunąłem za jej
ramię ciężki pukiel włosów, obnażając jedną z jej sterczących piersi. Ucichła
wyglądając niesamowicie uroczo, kiedy się wierciła. Mógłbym obserwować ją do
końca świata i jeden dzień dłużej. Pochyliła głowę, a jej włosy opadły na
ramiona, gdy owinęła rękę wokół mojej podstawy i jasna cholera. Zacisnąłem
oczy, bo wiedziałem, że jeśli będę się na nią patrzył dojdę w jednej sekundzie.
Nie żebym i tak był od tego daleki. Jej ręka poruszała się w powolnych,
zdecydowanych pociągnięciach, ruchy były trochę niezgrabne, ale to było nawet seksowniejsze.
Nic nie zatrzymało Syd i założę się, że gdybym otworzył oczy jej szczęka byłaby
zaciśnięta w koncentracji. Musiałem to zobaczyć i cholera jeśli nie miałem
racji. Moje ciało się zacisnęło, gdy jej uścisk stał się pewniejszy i szybszy.
-Oh, kochanie, nie jestem…
Spojrzała w górę, jej usta były rozchylone, a na
policzkach miała wypieki. Jej klatka piersiowa poruszała się szybko, a
przyjemność, która zbudowała się na górze mojego kręgosłupa, przesunęła się w
dół.
-Czy ja…
Uśmiechnęła się, a ja musiałem zamknąć moje
cholerne oczy ponownie, bo gdybym zatonął w jej oczach, już nigdy nie
wydostałbym się na powierzchnię. Jej ręka przesunęła się na górę, jej kciuk potarł
główkę, a ja jęknąłem, gdy moje nogi zesztywniały. Nie byłem…
Święty diable.
Gorące, mokre ciepło jej
ust zamknęło się na mnie i posłało mnie na krawędź. Moje plecy wyprostowały
się. Próbowałem się od niej oderwać, ale ona uczepiła się mnie i nie ruszyłem
się nigdzie. Odrzuciłem głowę do tyłu, zaciskając palce na jej włosach.
Eksplozja przetoczyła się w dół mojego kręgosłupa i już nic nie mogło jej
powstrzymać. Uwolnienie wstrząsnęło mną od wewnątrz, a ona pozostała na
miejscu, pracując ustami i dłońmi dopóki nie przestałem pulsować. Zostałem
całkowicie zniszczony w sposób którego nie doświadczyłem nigdy wcześniej – w
ten niesamowity, idealny sposób.
Oddychając nierówno, chwyciłem ją za ramiona.
Wciągnąłem ją na mnie, kładąc ją w poprzek mojej klatki piersiowej. Nasze nogi
się splątały, jej waga była dla mnie niczym, ale czułem ją każdym mięśniem.
Ogarnęło mnie niespodziewane drżenie, gdy oparła
policzek tuż nad moim sercem. Owinąłem wokół niej ramiona trzymając ją blisko.
Wiedziałem, że wkrótce zrobi się zimno, ale byłem zbyt samolubnym
skurczybykiem, by puścić ją i poszukać jakiegoś koca. Czując jej miękkość wokół
mnie, trzymałem ją dopóki moje serce nie zwolniło, aż mogłem otworzyć oczy
ponownie, a to dla mnie było wiecznością.
***
Ospały spokój najechał
moje ciało, ale nie zasnąłem. Była część mnie, która nie chciała spać, ponieważ
nie chciała przegapić ani sekundy jej miękkich oddechów. Syd usnęła leżąc na
mnie, a ja z uśmiechem rozciągniętym na ustach przesunąłem ją na bok mojej piersi
i przykryłem nas. Ogień utrzyma się do rana, ale chłód już powoli sączył się do
pokoju.
Nigdy wcześniej nie
spałem z dziewczyną, tak byśmy dzielili to same łóżko albo ten sam koc po
seksie. Inne dziewczyny zazwyczaj zaraz potem wychodziły, a jeśli zasnęły to ja
po prostu spałem gdzie indziej. Syd zawsze była jedyną kobietą z którą
spędziłem całą noc, więc nie byłem zaskoczony tym, że nie czułem się dziwnie
robiąc to teraz, choć wszystko było inne między nami. Począwszy od tego, że
była skulona przy mnie – kompletnie i pięknie naga. Jej nagie plecy spoczywały
przy mojej klatce piersiowej, a wspaniała krzywizna jej tyłka przyciskała się
do mnie. Nie miałem na sobie żadnych ubrań, więc byłem twardy. Właściwie to nie sądzę bym w ogóle stracił
twardość. Byłem oparty na łokciu, policzek podpierałem pięścią. Trwałem w
takiej pozycji przez ostatnią godzinę, obserwując ją. Miała najgrubsze rzęsy
jakie kiedykolwiek widziałem. Nie z rodzaju tych wzmacnianych kosmetycznie,
które były pokryte grudkami czy pajęczynowate. Rzucały cień na jej kości
policzkowe – obsypane bladymi piegami. Jej usta były trochę rozchylone i
pulchne. Nabrzmiałe od moich pocałunków. Ogarnął mnie wzrost męskiej dumy, więc
pochyliłem się do przodu, całując ją w skroń. Syd mruknęła coś i przesunęła
się. Moja ręka znieruchomiała na jej brzuchu. Zataczałem kręgi wokół jej pępka,
a za każdym razem, gdy poruszała swoim słodkim tyłeczkiem, zapraszało to do
siebie to coś co wisiało między moimi nogami. Znalazła swoje miejsce dosyć
szybko nie budząc się w ogóle. Moje spojrzenie zawędrowało na jej twarz. Nie
było potrzeby bym zapisywał te delikatne, pięknie wyrzeźbione linie w pamięci,
ponieważ zrobiłem to już lata temu.
Koc zsunął się jej z
ramienia, a ja naciągnąłem go z powrotem. Uśmiechnęła się we śnie, a moja
klatka piersiowa zacisnęła się. Wzdychając, rozciągnąłem się obok niej,
zacieśniając na niej mój uścisk i układając Syd tak, by jej głowa pasowała w
zagłębienie mojego ramienia. Zapadnięcie w sen nie zajęło mi długo. Może spałem
tylko kilka godzin zanim obudził mnie hałas, ale to do cholery był najlepszy
sen jaki kiedykolwiek miałem.
Moje oczy się otworzyły. Jasne światło
przedzierało się przez szparę w zasłonach, a ogień prawie zgasł. Prostując natychmiast,
wstrzymałem oddech i zacząłem nasłuchiwać. Hałas znów się powtórzył – głębokie
wycie wiatru. Wypuściłem powoli oddech. Nienawidziłem bycia tak cholernie
strachliwym, ale po tym co się stało, wolałem już być paranoikiem.
Pochylając głowę w dół, sprawdziłem co z Syd.
Przewróciła się we śnie, bardziej się kuląc. Jedna noga była przerzucona przez
moją, a jej głowa spoczywała na mojej klatce piersiowej. Jej dłoń była zwinięta
tuż nad moim sercem. A ja byłem wciąż tak cholernie twardy, że zacząłem się zastanawiać,
czy to stanie się już moim stałym elementem.
Cholera.
Moja ręka zatrzęsła się,
gdy sięgnąłem by odgarnąć włosy z jej policzka. Nienawidziłem tego, że muszę
wstać, ale nie chciałem by obudziła się w lodowatym pokoju. Tak delikatnie jak
mogłem, wysunąłem się z pod niej. Dziewczyna naprawdę musiała być zużyta, bo
ledwie się poruszyła gdy wstałem i wciągnąłem na nią koc.
Wciągnąłem na siebie dresy i zignorowałem
potrzebę by ukryć się pod tymi kocami i obudzić ja w sposób, o który wątpiłem
by przyszedł do głowy Nate’owi. Zarzucając na siebie bluzkę z kapturem
rozejrzałem się po pokoju. Na dzwony piekielne było tu tak samo mroźno jak w
reszcie domu. Wyjrzałem zza ubranej choinki i zobaczyłem, że śnieg nadal pada,
ale już lżejszy. Wszystko wokół było nim pokryte do takiego punktu, że
wyglądało jakbyśmy byli w Arktyce. Ludzie, nie miałem pojęcia jak długo zajmie
im odśnieżenie dróg aż do tego miejsca, lub czy nawet pług się tutaj dostanie.
Poruszając się po domu sprawdziłem drzwi i okna jakbym miał OCD[1].
Wszystko było w porządku – zamknięte i bezpieczne.
Gdy skierowałem się do garażu po opał, mój mózg zaczął jeszcze raz wszystko
odtwarzać, jakby utknął na kanale Syd.
We wczesnych godzinach porannych i cichym domu
nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę się stało. Przeklinając, gdy moje stopy
zetknęły się z lodowatym cementem w garażu, przebiegłem wokół SUV’a i skuterów
śnieżnych i zebrałem suche drwa. Byłem głupkiem, bo nie pomyślałem o butach. To
pokazywało jak bardzo mój mózg utknął przy niej. Boże, kiedy doszła do części
„miłość”, całkowicie się w niej zatraciłem. I na chwilę tak zostałem.
To nie tak, że moje
uczucie do niej było nowe, albo, że odkryłem je, gdy położyłem na niej swoje
usta, albo gdy wypaliła to swoje na wpół skończone zdanie. Gówno takie jak to
nie zdarza się. Może ludzie budzą się pewnego dnia i są zakochani. Ale nie ja.
To dojrzewało prze jakiś okres czasu, ujawniając się, gdy poszła na pierwszą
randkę z Nate’m. Od tamtego dnia, wciąż pamiętałem gorzkie ugryzienie zazdrości
kiedy mi powiedział, że się z nim umawia. Przedtem, naprawdę nie rozumiałem co
czuję do Syd. Cholera. Na wiele sposobów wciąż byliśmy dziećmi, a ja właśnie
odkryłem szczęście, które daje płeć przeciwna. Dopiero po tym jak Syd
powiedziała, że Nate wszystko skończył, uświadomiłem sobie moje uczucia do
niej. Ponieważ nie byłem smutny lub zdenerwowany – cieszyłem się. Czułem ulgę.
Nikt nie sprawiał że czułem się tak niezasługujący na Syd, ale to była prawda.
Byłem skurczybykiem. Nadal jestem. W momencie, gdy stałem przed budynkiem nauk,
wiedziałem, że ją kocham. Nie w sposób jaki kocha najlepszy przyjaciel. Nie w
sposób prawie-jak-siostrę. Kochałem ją w sposób, który przekraczał te rzeczy. I
byłem w niej zakochany.
Nic tego nie zmieniło. Moje uczucia były czymś do
czego nie chciałem się przyznać. Nie pozwoliłem się temu rozwijać, stało się to
tęsknotą, którą starałem się ugasić. Ludzie robili to cały czas. Ja byłem tylko
jednym z nich.
Sydney zawsze była dla mnie zbyt dobra. Nigdy,
ani raz nie pomyślałem, że może czuć do mnie coś więcej niż tylko przyjaźń, ale
kiedy mi to powiedziała, ja nadal nie byłem na sto procent pewny, ponieważ nie
mogłem zrozumieć w jaki sposób może mnie kochać po tym jak widziała, że przez
lata – jej dokładne słowa – „pieprzę dokładnie wszystko co się rusza”.
Jak mogła?
Nie rozumiałem tego.
Ale tez nie chciałem tego kwestionować,
przynajmniej nie teraz. Miałem, co? Dzień lub dwa życia tak jak pragnąłem
dopóki ta suka życie nie uderzy mnie znowu prosto w twarz, ponieważ jedno
wiedziałem na pewno. Była naprawdę duża szansa na to, że gdy opuścimy to
miejsce, wrócimy do prawdziwego świata, Syd uświadomi sobie, że mogła wybrać
lepiej niż ja. Znajdzie faceta który nie porzuci kariery gwarantującej
pieniądze i który nie spędził ostatnich siedmiu lat na pieprzeniu każdej
dziewczyny z wyjątkiem niej.
Sydney
Obudziłam się, czując świeżo parzoną kawę, co nie
miało sensu, ponieważ byłam pewna, że straciliśmy moc. Może przyśniło mi się
to. Przewracając się, nie czułam Kylera, ani jego ciepła. Może wyśniłam
wszystko co działo się ostatniej nocy. Otworzyłam oczy, a mój brzuch się
skręcił. Płomienie płonęły silne w kominku, a ja schowana pod przykryciem
czułam się całkiem przyjemnie.
Byłam też bardzo samotna na tym prowizorycznym
łóżku. Moje serce zatonęło szybciej niż Titanic. Zacisnęłam oczy.
Prawdopodobieństwo, że ostatnia noc była snem była mało prawdopodobna, ponieważ
pod kocami byłam naga, co znaczyło że prawdopodobnie Kyler obudził się rano i
bliski odgryzienia swojej własnej ręki, uciekł.
Żałował tego.
Wiedziałam.
Żałował tego co zrobiliśmy, a to nawet nie był seks.
-Już możesz przestać udawać, że śpisz. – głęboki
głos Kylera dopłynął do mnie. Wesołość barwiła jego ton. – Wiem, że nie śpisz.
Otwarłam gwałtownie oczy.
-Nie udaję.
-Uh huh.
Walcząc z ochotą naciągnięcia koc na głowę i
udawania, że mnie tu nie ma, wzięłam głęboki wdech i przewróciłam się na plecy.
Kyler siedział u stóp fotela, trzymając w dłoniach termos. Uniósł kącik ust.
Odłożył termos na podłogę i sięgnął po leżący obok niego kubek.
-Wiem jak potrzebujesz swojej kofeiny, wiec
znalazłem trochę kawy rozpuszczalnej i zagotowałem wodę nad ogniem. Zdobyłem
dla ciebie też jakiś cukier.
Usiadłam przytrzymując koc przy piersi. Nasze
oczy się spotkały się, a ja straciłam oddech. Jego były takie ciemne, prawie
czarne. Nie mogłam nic wyczytać z jego wyrazu twarzy. Przeszukałam mój mózg w
poszukiwaniu czegoś co bym mogła powiedzieć.
-Zagotowałeś wodę nad ogniem?
Jego uśmiech rozprzestrzenił się, ujawniając
głębokie dołeczki, gdy jednym ruchem nadgarstka odkręcił pokrywę termosu i
nalał mi kawy.
-Brzmisz na zaskoczoną.
Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić jak to robi.
Spoglądając w dół nie wiedziałam co robić, albo jak się zachować. To co zrobił
ostatniej nocy istniało tylko w moich fantazjach, nigdy w rzeczywistości. Nie
mogłam pogodzić tych dwóch rzeczy. Tylko dlatego że zrobił mi kawę i zajął się
ogniem, nie oznaczało, że był to dowód jego dozgonnej miłości do mnie.
-Syd?
Zmuszając się by podnieść wzrok do góry, ciepło
pokryło moje policzki, przesunąłem się po łóżku, razem z kocami i sięgnęłam po
kubek.
-Dziękuję.
Uniósł brwi, gdy odsunął ode mnie kubek.
-Nie. Jeszcze nie.
Przechylając głowę na bok, zmarszczyłam się.
-Dlaczego?
-Zobaczysz. – położył kawę na dole, wstał i
podszedł do brzegu naszego prowizorycznego łóżka. Ukląkł przede mną. Powoli,
jakby się bał, że mnie zaskoczy, ujął moje policzki w dłonie.
-Dzień dobry.
Zatracona w prostym dotyku jego dłoni na moich
policzkach, patrzyłam na niego przez chwilę.
-Dzień dobry?
Opadł bardziej na kolanach i pochylił się,
przyciskając swoje czoło do mojego.
-Myślę, że możemy to zrobić lepiej.
Moje serce opadło mi do stóp. Jego bliskość była
dobrym znakiem, prawda? Starałam się nie zastanawiać jak przedstawia się mój
poranny oddech, gdy przełknęłam.
-Możemy?
Skinął głową, a jego nos przesunął się po moim.
Mój uchwyt na kocu zacieśnił się, gdy poczułam skurcz w brzuchu.
-Bardzo łatwo – powiedział. – Chcesz zobaczyć?
-Tak. – to słowo wydostało się ze mnie niczym
szept. Pochylając głowę na bok, najpierw pocałował jeden kącik moich ust, a
potem drugi. Dreszcze przesunęły się wzdłuż mojego ciała, gdy kciukiem
pogłaskał mnie po kości policzkowej, a potem pogłebił ciśnienie na moich
ustach, całując mnie na poważnie.
-Co ty na to? – zapytał, składając na moich
ustach kolejny pocałunek, tym razem szybki. – Czy to było lepsze przywitanie?
Nie będąc w stanie się odezwać, skinęłam głową.
Kyler zaśmiał się, gdy pochylił się by podnieść kubek. Przekazując go mi,
usiadł obok mnie, gdzie ja przekształciłam się w dziewczęcą papkę. Pierwszy łyk
kawy sprawił że zrobiłam duży krok w stronę odnalezienia zdolności do mówienia.
-Jak długo już nie śpisz?
Wzruszył ramionami.
-Kilka godzin. Ogień gasł więc musiałem podłożyć
trochę drwa.
-Przespałam to wszystko?
-Tak. Choć trochę mówiłaś przez sen.
Otworzyłam usta.
-O nie. Mówiłam? Co mówiłam?! O mój…
-Żartuję. – śmiejąc się spojrzał na mnie bokiem.
–Nie mówiłaś przez sen, ale przez to jak się zachowywałaś wnioskuję, że jakiś
miałaś.
Zmrużyłam oczy.
-To było wredne.
Uśmiechnął się.
-Spałaś dobrze?
-Myślę, że to był mój najlepszy sen, od czasów
gdy brałam Nyquil. – zarumieniłam się znowu, zdając sobie sprawę, jak to
brzmiało i pośpiesznie zniżając głowę tak, że włosy zasłoniły mi twarz. Kyler
milczał przez chwilę.
-Ja tak samo. To był najlepszy sen jaki miałem od
lat.
-Naprawdę? – szybko rzuciłam na niego okiem. Nie
wiedziałam czemu to wydawało się takie ważne, ale było. Patrzył prosto przed
siebie.
-Nigdy wcześniej nie spałem z dziewczyną.
Uniosłam brwi.
-Powtórz jeszcze raz. – Jego usta wykrzywiły się
w uśmiechu.
-Nigdy nie spałem z dziewczyną po tym jak coś z
nią robiłem. Jesteś jedyną dziewczyną z którą w ogóle przez noc dzieliłem
łóżko.
Pędzący zawrót głowy
przetoczył się przeze mnie i ukryłam uśmiech biorąc następny łyk kawy.
Pamiętałam co powiedział o Mindy i prawie podskoczyłam z chęci odprawienia nago
tańca szczęśliwości.
-Ani razu? – potrząsnął głową i wykręcił się w
moją stronę.
-Nigdy. – powiedział niskim głosem. Zniżając
głowę, wycisnął pocałunek na moim gołym ramieniu, a potem oparł tam brodę.
Bałam się że zaraz wszystko rozleję. Nie żałował ostatniej nocy. Ulga szarpała
mnie jak słodki narkotyk, ale nadal nie wiedziałam jak się zachować i skamieniałam na myśl, że mogę powiedzieć
coś złego. Na szczęście, Kyler miał w tym wszystkim więcej doświadczenia niż
ja.
-Śnieg już nie pada tak mocno. Za niedługo pługi
powinny się tu dostać.
Uderzyło mnie ukłucie rozczarowania, ale ukryłam
je za uśmiechem. Zabawne, że kilka dni temu, wszystkim czego pragnęłam był
powrót do domu.
-Myślisz, że dostaną się do nas dzisiaj?
-Byłbym bardzo
zaskoczony. Prawdopodobnie będą jutro – odpowiedział. – Teraz jest tu prawie
tak samo jak na Biegunie Północnym.
-Brzmi dobrze dla Mikołaja.
Jego oczy zabłyszczały.
-Myślę, że nawet on by się zgubił w tym
bałaganie.
Dopiłam kawę, a Kyler wziął ode mnie kubek.
Owijając wokół siebie koc, wymamrotałam coś o łazience, a on powiedział, żebym
użyła tej na parterze. Wyszłam z pokoju, owijając się kocem tak bardzo jak
tylko się da, by nie czuć chłodnej temperatury w reszcie domu. Prawdopodobnie
powinnam być mądrzejsza i przynieść sobie ubrania – gdziekolwiek są – bym mogła
się przebrać, ale rzuciłam się do łazienki, a moje gołe stopy zastukały na
zimnej drewnianej podłodze. Odkryłam, że Kyler zebrał z góry kilka moich rzeczy
osobistych i umieścił je w łazience tak, żebym nie musiała iść do góry. Ze
względu na jego przemyślany gest, uśmiechnęłam się, gdy powtarzałam swoją
poranną rutynę. Motylki już były zagnieżdżone w moim brzuchu i rozłożyły
skrzydła. Korzystając z tego co miałam, umyłam się najlepiej jak mogłam bez
zabijania się w lodowatej wodzie.
Te cholerne motyki nadal
latały wokół, obijając się o moje wnętrze, gdy wyszłam z łazienki. Pomimo zimna
moje policzki były ciepłe. Zatrzymałam się przy choince – tylko na kilka sekund
by spojrzeć przez okno i niebezpieczeństwo które tam się czaiło. Mój wzrok padł
na dwa prezenty pod drzewkiem, te z naszymi imionami. Uśmiech zatrzepotał na
moich ustach, kiedy spojrzałam na lśniącą gwiazdkę wznoszącą się na szczycie
drzewka. Nie pomyśleliśmy nawet by włączyć lampki. Jeśli miałam rację, Święta
były za tydzień i kilka dni. Wiedziałam co chcę na Święta i czułam się jakbym
już to dostała. Miałam nadzieję, że to święto przybyło do mnie wcześniej i to
nie był jakiś dziki fuks.
Kiedy wróciłam do salonu, Kyler rozłożył
śniadanie na dębowym stoliku. Nie potrzebujące gotowania banany, suche płatki,
batoniki śniadaniowe i takie tam.
Zatrzymałam się w pokoju z sercem w gardle, albo
w tym momencie w moich ustach. Spojrzał w górę i uśmiechnął się.
-To jest najlepsze co mogę zrobić na śniadanie.
-Jest idealnie. – moje
słowa brzmiały obco i zdałam sobie sprawę, że jestem bliska łez. Tych dobrego
rodzaju, ale płacząc jak dziecko nie będę atrakcyjna. Przechylając głowę
podeszłam tam i usiadła na wolnej poduszce, trzymając koc blisko siebie.
-Wygląda na to, że chipsy i warzywa będziemy mieć
i na śniadanie i na obiad. – powiedział przesuwając w moją stronę świeżą
filiżankę kawy. – Dzisiaj jemy zdrowo.
Roześmiałam się.
-Jakbym każdego dnia jadła inaczej.
Zaszydził.
-Jesteś dziewczyną od czerwonego mięsa. Nie kłam.
To była prawda.
-Dziękuję za zebranie tego wszystkiego.
-Przyjemność po mojej stronie – szturchnął mnie
lekko. – Jedz. Zaplanowałem dla ciebie wielki dzień.
Uniosłam brwi.
-Naprawdę? Planujesz, że wyjdę na zewnątrz z
łopatą?
-Nie. – podniósł i
podrzucił jabłko z aroganckim uśmieszkiem. –To nie dotyczy wychodzenia na
zewnątrz, ale centralnym punktem tego będą jakieś fizyczne ćwiczenia.
Pragnienie zapulsował w mojej krwi.
-Naprawdę? – spojrzał na mnie z szelmowskim
błyskiem.
-Rozejrzyj się po pokoju Syd. Jest tu coś co
przegapiłaś.
Przyglądając się pokojowi, zajęło mi kilka sekund
wyłapanie o co mu chodzi.
-Moje ubrania? Gdzie są moje ubrania!
-Kochanie, nie będziesz dzisiaj potrzebowała
żadnych ubrań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz