sobota, 15 marca 2014

Rozdział 5

Sydney

Po ściągnięciu swojego głupiego tyłka z łóżka, otworzyłam swoją walizkę i wyjęłam kosmetyki. Łazienka była wielkości mojego pokoju w akademiku, więc odświeżyłam się najlepiej, jak tylko umiałam. Chciałam wziąć prysznic, ale moje włosy były zbyt długie i ciężkie, aby ponownie przejść przez proces irytującego suszenia.

Podczas rozplątywania warkoczyków zauważyłam, że nie było potrzeby, żebym nadal się rumieniła. Moje policzki były zaczerwienione, a oczy zbyt duże, gdy patrzyłam na złączone palce. Uwalniając całkowicie jeden warkocz pochyliłam się do przodu, gdy zabierałam się za drugą stronę, wpatrując się w swoją twarz. Czy to pryszcz pojawił się na moimi podbródku?

Westchnęłam. Dlaczego nie? Idealnie.

Mostek mojego nosa był cały pokryty piegami, a moje usta były rażąco blade. Potrzebowały jakiegoś koloru. Moją najlepszą cechą – a przynajmniej mama mi tak zawsze powtarzała – były moje oczy. Miały jasny odcień niebieskiego, który wyróżniał się na tle moich ciemnych rzęs i włosów. Kończąc z warkoczykami, potrząsnęłam głową, szczęśliwie odkrywając, że moje włosy opadały w dół pleców w potarganych falach, zamiast wyglądać jakbym wyjęła je z prostownicy. Pogrzebałam w kosmetyczce, szukając tubki tuszu i szminki. Po kilku pociągnięciach, poszłam z powrotem do pokoju i zaczęłam rozwiązywać swoje buty. Jeśli nie mogłam wziąć prysznica, to mogłam przynajmniej włożyć na siebie coś świeżego. Po wywaleniu wszystkich ubrań, które ze sobą przywiozłam, a których było za dużo jak na tylko jeden tydzień, zdałam sobie sprawę, że nie mam ze sobą nic, nawet w najmniejszym stopniu seksownego. Kilka par jeansów i swetrów. Był podkoszulek, który mogłam założyć pod rozpinany sweter, ale odmroziłabym sobie w nim tyłek. I znowu nie posiadałam nic naprawdę seksownego. A tak na poważnie, to komu starałam się zaimponować?

Kylerowi – wyszeptał zły i jędzowaty głosik.

Ten zły głosik nie pomagał.

Ściągając jeansy zostawiłam je na podłodze i ściągnęłam ogromny sweter, pozwalając mu przyłączyć się do niechlujnego stosu. Stojąc na czubkach palców trzymałam parę czarnych przylegających do skóry jeansów. Mogłyby wyglądać uroczo z golfem. Nie żeby zły, jędzowaty głosik w mojej głowie miał rację. Tam gdzieś mógł być jakiś gorący instruktor i może mój pokój zmieniłby się w stację metra, a nie przystanek autobusowy i może – nagle drzwi do sypialni otworzyły się…

-Tanner właśnie dzwonił. Powiedział…

Moje serce się zatrzymało, a z palców w których nagle zniknęły kości wypadły jeansy. O mój Boże… nie mogłam nawet myśleć. Po prostu na niego patrzyłam. Tak jak stałam, w staniku i majtkach. Nie zapominając o śnieżnych podkolanówkach.

Oboje zamarliśmy, stałam całkowicie nieruchomo przez moją nagość. Czas się zatrzymał, a Kyler… patrzył na mnie. Nie mogłam przypomnieć sobie ostatniego razu, gdy widział mnie nagą, albo przynajmniej półnagą. Nie odkąd rozwinęły mi się piersi i prawdopodobnie nie było nawet na co się gapić. Ktoś kiedyś powiedział, że więcej niż łyk to strata, ale szczerze wierzyłam, że to powiedzenie zostało wymyślone przez dziewczyny z małymi piersiami jak ja, by poczuły się lepiej – o dobry Boże, mój mózg musiał się zamknąć.

Ciepło wpłynęło na moje policzki i powędrowało wzdłuż szyi, a potem dalej na południe, aż na krawędź białej koronki, ponieważ na Jezusa Chrystusa, nie mogłam na siebie założyć niczego seksowniejszego niż biały biustonosz i męskie bokserki w paski.

Pieprz. Mnie.

To były dwa najgorsze słowa o których mogłam pomyśleć, bo właśnie teraz zaczęłam o tym myśleć i Kyler nadal się we mnie wpatrywał, jakby nigdy wcześniej nie widział laski w staniku i majtkach, a wiedziałam, że wcale tak nie było. Ale patrzył na mnie w sposób, który całkowicie musiałam sobie wyobrazić przez lata beznadziejnych próśb, ponieważ w jego oczach było pragnienie, tak intensywne , że czułam jego dotyk na mojej zaczerwienionej skórze. Moje usta rozchyliły się, gdy mój puls przyśpieszył w każdym skrawku mojego ciała.

Wpatrywał się we mnie w sposób, o który posądził Paula.

Kyler nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób.

Mięśnie w moim brzuchu napięły się, a wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł dreszcz. Zachwiałam się.

-Jezu.

Jego głos był twardy jak wybuch, który wysadził cały mój zdrowy rozsądek. Rzuciłam się w stronę łóżka, szarpiąc za duży sweter i przyciskając go do siebie.

-Nie wiesz, że się puka!

Przesunął palcami między włosami.

-Cholera.

Gdy patrzyłam na niego moje ciało spalało się z dwóch powodów. Cholera? To wszystko, co miał do powiedzenia?

Nie „Kochanie, chcę wylizać całe twoje ciało” lub „Blee, zakryj to cholerstwo”. Przynajmniej z tym ostatnim, słowo „cholera” byłoby realną częścią zdania.

I wtedy Kyler się roześmiał – roześmiał się tak bardzo, iż myślałam, że fizycznie skrzywdzi samego siebie.

-Przepraszam –wysapał.– Ale powinnaś zobaczyć wyraz swojej twarzy.

Moje usta opadły.

-Wynoś się.

Jego śmiech zaciął się, tak głęboki, że wysyłał dreszcze wzdłuż mojej skóry. Chwyciłam pierwszą rzecz z łóżka i rzuciłam nią w niego. Dłoń Kylera wystrzeliła i chwycił pocisk w powietrzu. Jego brwi uniosły się, a mój żołądek opadł mi do stóp. Coś czerwonego i koronkowego zwisało z jego palca.

O słodki mały Jezu na karuzeli.

To był mój stanik – stanik z push-upem z kompletu Victoria Secret. Rodzaju tego, który dopełniał mnie i dodawał mi jakieś pięć funtów, gdy miałam go na sobie. Zacisnęłam usta, by powstrzymać krzyk rodzący się w moim gardle. Spojrzenie Kylera śmignęło od stanika do mnie, a potem z powrotem do stanika.

-Nosisz tą rzecz?

Niezdolna do odpowiedzi, ponieważ byłam całkiem pewna, że będzie niestabilna nie odpowiedziałam nic.

Kyler podszedł do łóżka i odłożył stanik, jakby był jakimś rodzajem dzikiego zwierzęcia, który mógłby owinąć się wokół jego twarzy. Jego rzęsy zatrzepotały, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Humor tańczył w jego oczach.

-Nic dziwnego, że twoja walizka była taka ciężka.

-Wynoś się! –krzyknęłam.

Śmiejąc się pod nosem, cofnął się powoli.

-Nie chcesz wiedzieć, po co Tanner dzwonił?

Przeniosłam ciężar z jednej nogi na drugą.

-A jeśli powiem nie?

-Nadal ci powiem –wyszczerzył się.– Spotkali się z resztą grupy, ale zostają na resztę nocy we Frederick. Naprawdę bardzo tam pada.

W tym momencie spodziewałem się czegokolwiek, ale wszystko poszło źle.

-Cholera. Myślisz, że tu też zacznie tak padać?

-Nie wiem. Chyba pójdę sprawdzić wiadomości, gdy ty będziesz zakładała coś na siebie –Kyler ruszył w kierunku drzwi i dodał– Lafirynda.

-Zamknij się, ty nie pukający do drzwi podglądaczu!

-Przy okazji ładne majtki –powiedział zanurzając głowę w pokoju.– Podoba mi się ich kolorystyka. Masz zapisane na nich dni tygodnia?

Krzyknęłam.




Kyler

Zamykając za sobą drzwi, odchyliłem głowę do tyłu i zacząłem wpatrywać się w wystające belki na suficie. Moja mama uwielbiała rustykalny styl. Ja myślałem, że to sprawiało, iż dom wyglądał jakby był niewykończony.

Skupiłem się na głębokich dębowych belkach, desperacko starając się wykurzyć z głowy obraz prawie nagiej Syd. To nie działało. Belki przekształciły się w biodra i piersi.

Jezusie Chrystusie.

Święta Matko Boża, nie tego się spodziewałem, gdy otwierałem drzwi. Nie spodziewałem się też, że Syd będzie taka… kształtna pod swoimi ubraniami. Była bardzo malutka i ledwo sięgała mi do klatki piersiowej, więc założyłem, że była złożona z samych płaskich linii i niewiele się zmieniła, od kiedy byłem bardzo blisko zobaczenia jej nagiej w gimnazjum. Od tamtego czasu nie widziałem jej nawet w stroju kąpielowym.

Chłopcze, moje założenie było cholernie śmieszne.

Dziewczyna miała biodra słodko przechodzące do wąskiej talii. Jak na kogoś tak małego, jej nogi wyglądały jakby miały milę długości, kiedy nie były niczym okryte. A te piersi?

Potarłem szczękę i zamknąłem oczy.

Były małe, ale ich rozmiar pasował do niej idealne i założę się, że były żwawe jak cholera pod tym czystym białym biustonoszem, a wskazówką była słodka różowa skóra… cholera. Co do diabła?

Musiałem przestać myśleć o jej piersiach. Była całkowicie poza moimi poziomem. Ale ponieważ byłem facetem, jeżeli tylko raz ujrzałem taki obraz, wyobrażałem sobie jej piersi w moich rękach i ją wyginającą się pod moim dotykiem.

-Cholera –warknąłem. Pożądanie mieszało się z zemstą – to gorące, prawie szalone pożądanie, które nigdy nie przynosiło niczego dobrego.

A sposób, w jaki na mnie patrzyła? Nie, nie ma mowy. Musiałem sobie wyobrazić to gówno, ponieważ to była Syd, na litość boską. Ona była moją Syd, ale nigdy w ten sposób. I nie było mowy, by mogła patrzeć na mnie tymi swoimi cholernymi niebieskimi oczami wypełnionymi pragnieniem. Tak jakby chciała, bym zrobił coś z faktem, że stała tam nie mając na sobie prawie nic. Tak jakby chciała, żebym ją tak widział.

Aa cholera, ja ją tak widziałem.

I była szansa, że tracę swoje cholerne zmysły, ponieważ Syd nigdy nie patrzyła na mnie w ten sposób. Ona po prostu nie myślała o mnie w ten sposób, albo tak długo jak wiedziałem – na żadnego faceta tak nie patrzyła. Nie odkąd ten dupek Nate wszystko spieprzył. Od tamtego czasu ona po prostu się nie umawiała na randki. I to było dla niej w porządku, ponieważ jeszcze nie spotkałem faceta, który byłby dla niej wystarczająco dobry, a zwłaszcza ja nie byłem dla niej odpowiedni, nie po tym, co powiedziała mi w samochodzie, gdy byliśmy w czasie drogi tutaj. Odepchnąłem się od drzwi i poszedłem do sypialni. Zszarpując bluzę z głowy rzuciłem ją razem z podkoszulkiem na łóżko. Udałem się pod prysznic, nie dlatego, że go potrzebowałem, ale dlatego, że musiałem tam iść, żeby czasami nie zrobić czegoś głupiego.

A całkiem dużo głupot przychodziło mi do głowy – naprawdę. Moim życiem nadal wstrząsało to, co stało się między mną i Syd, a gdy stanąłem pod prysznicem puściłem strumień gorącej wody. Prawdopodobnie miało to więcej do czynienia z faktem, że nie przespałem się z kimś poprzedniej nocy. Tak, to brzmiało dobrze. To był jedyny sposób, aby to wszystko naprawić bez zimnego prysznica. Kładąc głowę na śliskich płytkach, pochyliłem się i zamknąłem oczy. To było szybkie. Zbyt trudne. I cały czas myślałem o niewłaściwej osobie.




Sydney

Patrzyłam na tył baru, przypatrując się butelkom alkoholu, jakby były jedyną rzeczą, która mogła uleczyć moje upokorzenie. A oczywiście mogły, bo gdybym wypiła wystarczająco dużo przestałabym się przejmować tym, że Kyler widział mnie w majtkach i śmiał się ze mnie.

On śmiał się ze mnie.

W barze było tłoczno, wszyscy mówili o śnieżycy, która teraz podobno robiła teraz z Zachodniej Virginii swoją własną śnieżną sukę. Było za późn,o by wyjechać. Wszystko, co mogliśmy teraz zrobić, to mieć tylko nadzieję, że nie będzie tak źle jak przewidywali. Szpiegując otwarcie, wcisnęłam się między dziewczynę z szopą blond włosów i jakiegoś faceta we flanelowej koszuli. Spojrzałam przez ramię i westchnęłam. Kyler był tam gdzie go zostawiłam, skupiając się na posągowej brunetce, którą już jakiś czas znał. Miała na imię Sasha. I wyglądała na Sashę.

Ah, posłuchajcie mnie tylko. Byłam suką, z której wiało tyle goryczy. Obserwowałam, jak kładzie rękę na jego ramieniu i opiera się, tak, że jej piersi – o wiele większe od moich – naparły na jego ramię. Coś do niego powiedziała, a on uśmiechnął się. Nie pełnym uśmiechem, który ukazywał jego dołeczki, ale bardziej jak ktoś, kto ma właśnie zjeść całą klatkę kanarków. Kyler podniósł na chwilę wzrok i znalazł mnie wśród zatłoczonych stolików. Odwróciłam się i zorientowałam się, że wpatruję się w czarny krawat barmana. Kosztowny.

Uśmiechnął się.

-Kochanie, co mogę ci podać?

Ponieważ mój ‘mózg’ nie był zamknięty w butelce, zrobiłam kolejną najlepszą rzecz.

-Tequilę.

Barman uniósł trochę brwi:

-Dowód?

Wykopałam moje prawo jazdy i mu je podałam. Sprawdził je, a następnie mi oddał.

-Prawie dwadzieścia jeden lat –zaskoczenie zabrzmiało w jego głosie.– Stawiałem, że będziesz miała jakieś osiemnaście.

-To historia mojego życia –oparłam się o bar, przekazując moją kartę kredytową, by zapłacić rachunek. Barman zaśmiał się, gdy się odwrócił i zdjął butelkę ze stojaka. Nigdy nie wiedziałam co mam robić, gdy byłam przy barze. To było niezręczne doświadczenie, jak nie wyróżniać się i jak nie wyglądać w miejscu, do którego nie należysz. Nie pomagało to, że wyglądałam jak przynęta do więzienia.

-Tequila? –powiedział głos za moimi plecami.– Dziewczyno, właśnie zdobyłaś moje serce.

Odwróciłam się, spojrzałam w górę i w górę. Za mną stał szczery facet, jedyny nie noszący kurtki w stylu drwala. Ciemne kręcone włosy owijały się wokół jego czoła i skroni. W ogóle nie przypominał Kylera – był bardziej krępy i szerszy.

Idealny.

-Jesteś fanem Tequili? –zapytałam, wreszcie odnajdując swój głos. Na jego ustach pojawił się prosty uśmiech.

-Nic nie ogrzewa tak szybko jak Tequila. Musisz to tutaj wiedzieć.

-Jesteś tutejszy?

Skinął głową.

-Pracuję tu w czasie zimy.

-Instruktor narciarski?

-Skąd wiesz?

Myśląc o moim wcześniejszym pragnieniu, by powłóczyć się z jakimś instruktorem narciarskim, prawie się roześmiałam. Szklanka Tequili wylądowała na barze, więc ją wzięłam. Może nie piłam tyle co inni, ale wiedziałam jak pić. Przechylając głowę do tyłu, przystawiłam kieliszek do ust. To, czego się nie spodziewałam, to że moje gardło zapłonie w ogniu. Tequila przepłynęła w dół mojego gardła jak benzyna i dostała się do moich wnętrzności. Do oczu napłynęły mi łzy, odwróciłam się do baru, łapiąc głębokie wdechy i starając się powstrzymać odruch wymiotny.

-Cholera jasna…

Mój instruktor narciarski z uśmiechem poklepał mnie po plecach.

-Wszystko w porządku? Pierwszy strzał jest zazwyczaj brutalny.

-Tak –zadyszałam mrugając załzawionymi oczami. Teraz, kiedy byłam pewna, że na niego nie zwymiotuję, odwróciłam się.

-Wow.

-To nie jest takie złe –uśmiechnął się.

-Nie, w ogóle –myślę, że właśnie stałam się łatwopalna.

-Nie przedstawiłem się –powiedział, wyciągając wolną rękę. W drugiej trzymał butelkę piwa.– Mam na imię Zach.

-Sydney –potrząsnęłam jego ręką. Jego dłoń była trochę szorstka. Przytrzymał moją rękę trochę dłużej, niż było to konieczne. Kiedy wreszcie mnie puścił, oparł się biodrem o bar tuz przy mnie.

-Ty oczywiście nie jesteś tutejsza.

-Nie –odrzuciłam włosy na plecy i uśmiechnęłam się.

-Jesteś z nim? –szarpnięciem brody wskazał w stronę Kylera. Kiedy skinęłam, przechylił głowę na bok.

-Przyjaciele, czy…

-Przyjaciele –odpowiedziałam automatycznie, a palenie tequili wydawało się zmniejszyć ból, gdy to mówiłam.

Zach uniósł brwi.

-Nie sądzę, by wcześniej Zach był tylko przyjacielem ładnej dziewczyny.

Jego komplement zagubił się w rzeczywistym oświadczeniu.

-Znam Kylera całe moje życie –wzięłam głęboki oddech i wypuściłam go powoli.– Więc znasz Kylera?

Skinął głową:

-Nie znam go za dobrze, kojarzę go stąd, że kilka razy już tu przychodził. Więc… jesteście tylko we dwoje?

-Przyjechaliśmy tu na kilka dni z przyjaciółmi. Ale większość z nich jeszcze tutaj nie dotarła. Ja jestem z Hagerstown.

-O. Całkiem ładne miasto wziął łyk piwa.– Gdzie utknęli twoi przyjaciele?

-Przed Frederick –powiedziałam mu, gdy spojrzałam przez ramię. Przez ten bałagan ludzi nie widziałam Kylera. Nie, żebym go szukała.– Utknęli w śniegu, więc jutro będą starali się cos wymyślić.

Zach pokręcił głową.

-Nie wiem, czy im się uda. Śnieg ma przyjść tutaj nocą i mówią, że będzie ogromna burza.

Tak bardzo starałam się o tym nie myśleć.

Jego łatwy uśmiech rozszerzył się i zdałam sobie sprawę, że był naprawdę przystojny.

-Jak myślisz, nadszedł czas na drugi strzał? Ja stawiam.

Moje spojrzenie śmignęło od Zacha do miejsca, gdzie był Kyler, nadal z seksowną Sashą. Choć teraz w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Zamiast tego patrzył na mnie, jakby był sekundy od wstania, szturmowania baru i powiedzenia mi, że nadszedł mój czas, by iść do łóżka.

Nie ważyłby się.

Oczy Kylera zwęziły się.

Ważył.

Kilka miesięcy temu, gdy świętowaliśmy moje urodziny i to był jeden z tych momentów, gdy piłam, kazał mi iść do domu zanim jeszcze dostałam mój drugi sex na plaży wtf?, powołując się na to, że tłum w klubie był zbyt hałaśliwy. Złość i frustracja wirowały we mnie zmieszane z tequilą. Kyler powiedział, że nie umiem się zabawić. Byłam pozorna jak statystyczny zwykły poniedziałek. W tym momencie część mnie chciała wrócić do domu i skończyć książkę, którą czytałam. I może zjeść jeszcze jakiś maślany popcorn. I włożyć parę kędzierzawych skarpet, które były tak przyjemnie i…

-Sydney?

Spośród wszystkich moich szalonych myśli, akurat teraz musiał mi przyjść do głowy Nathan Balers. Już naprawdę nie myślałam o nim od ponad roku. Był moim jedynym prawdziwym chłopakiem, facetem, z którym umawiałam się przez dwa lata w szkole średniej i przez większość pierwszego roku w collegu. Patrząc wstecz, nie mogłam powiedzieć, czy byłam w nim zakochana, czy nie. Przez cały ten czas wydawało mi się, że byłam. Jedyny facet, którym się interesowałam w sposób inny niż Nathanem, był poza moim zasięgiem, a Nate naprawdę był dla mnie tym. Cierpliwy. Zabawny. Mądry. Słodki. Chociaż robiliśmy inne rzeczy- a mianowicie robiliśmy te rzeczy, żebym nie czuła się najgorszą dziewczyną na świecie – czekaliśmy aż do pierwszego roku naszych studiów, aby uprawić seks. To nie było coś, o czym napisałabym. I najwyraźniej dla niego też tym nie było. Seks bolał, a kiedy przestał boleć i zaczęło być mi dobrze, skończył się. Nate zerwał ze mną tydzień później.

Przez sms’a.

Kilka dni później Kyler podsłuchał, jak Nate gada o tym na imprezie bractwa. Podobno opowiadał chłopakom, że byłam tak oziębła, że nie mógł utrzymać się twardym.

Ta noc zakończyła się walką, po której Kyler miał złamany nos, a Nate złamaną szczękę i ciężko kuśtykał przez kilka następnych tygodni.

Nathan Balers mógł iść się pieprzyć.

Wiedziałam, jak się bawić. Wiedziałam jak tracić kontrolę. I nie byłam oziębła. Uśmiechając się odwróciłam się do Zach’a i powiedziałam:

-Kolejny strzał brzmi świetnie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz