sobota, 15 marca 2014

Rozdział 3

Sydney

Głupie koła mojej walizki utknęły na tanim brązowym dywanie przed mieszkaniem Kylera, wytrącając mnie z równowagi. Kiedy się zachwiałam, włosy wleciały mi do oczu. Starając się stanąć stabilnie, wyciągnęłam rękę i w ostatniej sekundzie mojej pozycji, mój niepewny uchwyt zaczął się ślizgać. Musiałam dokonać strasznego wyboru. I to szybko. Rzucić e-czytnik czy cappuccino. Obie rzeczy były dla mnie niezbędne do przetrwania, ale e-czytnik był jak cenne dziecko, tak kruchy i ważny dla mnie. Mocniej trzymając czytnik, puściłam kawę, która z plaśnięciem uderzyła o podłogę, rozlewając ciemną ciecz wzdłuż dywanu, jak w makabrycznym miejscu zbrodni.

Westchnęłam.

No cóż, zajęcia z jogi, na które uczęszczałam dwa razy w tygodniu zaraz po zajęciach z Psychologii i Prawa, najwyraźniej nie wyrobiły mojego refleksu. Podniosłam tekturowy kubek i wyrzuciłam go do kosza przy windzie. Biorąc głęboki oddech, zastukałam do drzwi i przesunęłam się niecierpliwie.

Minęło kilka sekund i nic nie usłyszałam, nawet miękkiego tupotu kroków. Zapukałam znowu i kiedy po raz drugi nie było żadnej odpowiedzi, odwróciłam się i oparłam plecami o drzwi. Kyler miał twardy sen. Nawet nie próbowałam dzwonić do niego na komórkę. Nic mniejszego od bomby nuklearnej nie obudziłoby go.

Mój wzrok padł na e-czytnik i cholera. Straciłam stronę. A miało być jeszcze lepiej. Hades pokazał się w sklepie. Dotykając ekranu, przesunęłam kilka… Drzwi za mną w końcu się otworzyły i wpadłam w pustą przestrzeń. Odwróciłam się, a moja dłoń spotkała się z ciepłym nagim ciałem. Ciepłe, twarde nagie ciało. Silne ramię owinęło się wokół mojej talii, łapiąc mnie, zanim uderzyłabym twarzą płaskie, brązowe męskie sutki.

O Dobry Boże w niebie…

Szarpnęłam się do tyłu wyrywając się z uchwytu. Powietrze uciekło z moich płuc, a oczy się rozszerzyły. Stałam twarzą w twarz z doskonałymi mięśniami klatki                                    piersiowej – mięśniami, których każdy chciałby dotknąć. Moje oczy, bez mojej zgody powędrowały wzdłuż jego ciała i znalazły tylko więcej złotego blasku, niż widziałam w scenie z Magic Mike’a. Pokopane było to, że widziałam Kylera półnagiego więcej razy, niż bym się przyznała, ale ten widok nigdy nie przestał mnie zadziwiać.

Kyler był zapalonym biegaczem i narciarzem, gdy był odpowiedni sezon, co znalazło odzwierciedlenie w jego ciele. Gładka skóra rozciągała się na śmiesznie rozmieszczonych mięśniach. Miał nawet te wcięcia na wewnętrznej stronie swoich wąskich bioder. Trochę w lewo od jego pępka był mały pieprzyk. Z jakiegoś powodu, zawsze byłam zafascynowana tą malutką plamką.

Miał na sobie bokserki – z czerwonymi czapkami Mikołaja i różnokolorowymi prezentami w nich. Skoro był teraz czas obdarowywania z okazji Świat, wielu ludzi nie miałoby nic przeciwko niemu schowanemu pod choinką.

Wielu ludzi, wliczając mnie.

Ciepło zapłonęło na moich policzkach. Mój mózg zawiesił się, ale Kyler… tak, umieścił to „oo” w omdleniu.

Jego pełne usta wygięły się w półuśmieszku jakby wiedział o czym myślę. Jego brązowe włosy naprawdę potrzebowały grzebienia. Wyglądał, jakby spędził całą noc z kimś, kto mu je przeczesywał palcami. Nie przyprowadziłby przecież Blondi do domu. Czekaj. O czym ja myślę. On nie musiał przyprowadzać Blondi do domu.

-Pachniesz jak…waniliowe francuskie cappuccino.

Zamrugałam. Jego głos był taki głęboki i chrapliwy od snu.

-Co? Oh, upuściłam moją kawę. Przepraszam.

Półuśmiech znów się pojawił.

-Jesteś wcześniej.

-Nie. Nie jestem.

-Jesteś wcześniej niż zazwyczaj –kontynuował, przesuwając się na bok. Spojrzał przez ramię na dźwięk puszczonej w łazience wody.– Nie będziesz szczęśliwa.

Poczułam jak cała krew zniknęła z mojej twarzy, co było głupie. Zupełnie nie obchodziła mnie wielka litera D.

-W porządku. Poczekam na korytarzu.

Kyler spojrzał na mnie z dezaprobatą.

-Nie będziesz czekać na korytarzu, Syd.

Otarł się o mnie i wyszedł na korytarz, całkowicie nie dbając o to, że ktoś może go zobaczyć półnagiego. Miałam pełny widok na chude mięsnie na jego plecach. Miał tatuaż – zawiłe litery, które były przeważnie cięciami – zwijały się w dół jego kręgosłupa. To był jakiś typ plemiennego tatuażu, który zrobił, gdy skończył osiemnaście lat. Nie miałam pojęcia, co on oznacza. Nikt nie miał. Ale to nie był jego jedyny tatuaż.

Moje usta uniosły się w uśmiechu.

Przegrany zakład z Tannerem po meczu piłki nożnej, zakończył się czerwonym sercem wytatuowanym na jego prawym półdupku. Kyler był człowiekiem słownym.

Chwytając moją walizkę, mruknął:

-Co ty tam spakowałaś? Legion tłustych i wściekłych dzieci?

Przewróciłabym oczami, gdyby nie były przyklejone do mięśni jago ramion. Jezu. Potrzebowałam lobotomii.

-Nie jest taka ciężka.

-Za dużo spakowałaś –położył walizkę wewnątrz mieszkania i zamknął drzwi.– To tylko pięć dni, Syd. Nie miesiąc.

-Jak tam chcesz –mruknęłam, odważając się spojrzeć w dół korytarza. Ktoś zakręcił wodę.

-Więc…

-Rozgość się –stanął na palcach i pociągnął mnie za nos. Zamachnęłam się na niego, ale z łatwością uniknął mojej ręki i zaśmiał się.

-Co czytasz?

-Nie twój interes –podążyłam za nim do czystego salonu. Od dwudziestu jeden lat lubił utrzymywać wszystko w czystości, co było zaskakujące, ponieważ miał w domu pokojówkę, która po nim sprzątała. Ale nie zawsze tak miał.

-Niezły tytuł.

Zatrzymałam się za oliwkową kanapą.

-Niezłe bokserki. Mama ci je kupiła?

-Nie. To była twoja mama.

-Bardzo śmieszne.

Spoglądając przez ramię mrugnął do mnie i wsunął palce w bokserki, zsuwając je w dół, tak że duża część jego tyłka została odsłonięta.

-O mój Boże –oparłam się o kanapę, wzięłam poduszkę i rzuciłam nią w niego.

Złapał ją z zaskakującym refleksem i odrzucił ją do mnie. Poduszka uderzyła w moją pierś i opadła na podłogę.

-Podobało ci się.

Chociaż miał piękny tyłek, zaczęłam otwierać usta, by powiedzieć mu, że to nie było coś, na co z utęsknieniem wyczekiwałam, ale wtedy drzwi do łazienki ustąpiły i otworzyły się.

Wstrzymałam oddech.

Kto to mógł być? Kiedy ostatniej nocy opuszczałam bar, był otoczony przez legion dziewczyn. Czy to była długonoga blondynka, której drugie imię powinno brzmieć Jelly – O? Albo seksowna brunetka, która miała głęboki gardłowy śmiech, o który byłam trochę zazdrosna? Gdy ja próbowałam być seksowna, brzmiałam jak hiena. A może to był rudzielec, który nie mógł się zdecydować między Kylerem i Tannerem? W tym momencie nie sądziłam, żeby był to ktokolwiek inny.

Najpierw zobaczyłam długie opalone nogi, a potem rąbek jeansowej spódnicy, która leżała trochę krzywo. Rozpoznałam te nogi od razu, a obcisły czarny golf potwierdził moje przypuszczenia.

To była Blondi – królowa kostek lodu. Ostatniej nocy na dworze musiało być jakieś piętnaście stopni, cienka warstwa śniegu pokrywała ulice uczelnianego parku, ale ta laska ubrana była jakby była w Miami.

A ja poczułam się naprawdę bezbarwna w moim za dużym swetrze i znoszonych jeansach. Nie wspominając, że czułam się, jakbym porównywała kołysanie sportowego stanika do cycków tej laski. Spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi. Czarna maskara była rozmazana pod jej oczami.

-Kto to jest kochanie?

-Poznałaś ją ostatniej nocy w Dry Docks –Kyler ruszył z powrotem do mnie i podniósł poduszkę.– Nie pamiętasz?

Zmieszanie rozlało się na jej twarzy i stwierdziłam, że to może zająć jeszcze chwilę. Usta Kylera w jednym górnym rogu wygięły się.

-Wylałaś drinka na jej kolana.

-Oh! –Blondi zachichotała.– Przepraszam za to.

-Tak –wyciągnęłam to słowo. Już o tym zapomniałam.– To nic wielkiego. Nic tak naprawdę nie przyciąga chłopaków jak zapach lodów na patyku.

Kyler zmarszczył się i spojrzał na mnie kątem oka.

-Ona tu była całą noc? –zapytała Blondi przechylając głowę na bok. Uniosłam brew i zaczęłam otwierać usta, ponieważ to, że laska nie pamiętała kolejnej dziewczyny przyłączającej się do ich przyjęcia było powszechnym scenariuszem. Gdybym naprawdę chciała dostać więcej.

-Nie. Ona przed chwilą tu przyszła. Jedziemy do Snowshoe –uciął płynnie, pocierając dłonią szczękę.

-Więc…

Blondi zakołysała szczupłymi biodrami tuż przed nim i położyła na jego piersi rękę w sposób znajomy i intymny. Irracjonalne ukłucie zazdrości uderzyło we mnie. Dotykanie go było dla niej takie łatwe. Znałam Kylera od zawsze i zaczęłabym się dusić, gdybym zaczęła go dotykać.

-Tylko we dwoje jedziecie do Snowshoe? Brzmi romantycznie –powiedziała trochę zgryźliwie.

-Nie –Kyler wysunął się z jej uścisku.– Spotykamy się tam w gronie przyjaciół. Wkrótce. Więc ja muszę już iść.

Blondi nie załapała aluzji i to było właśnie niezręczne. To było coś w Kylerze. Mógł zaczarować majtki tuż przed zakonnicą, ale nie zrobił tej porannej rzeczy. I podczas gdy zazwyczaj był miły, miał cierpliwość przypartego do muru grzechotnika.

-Męska dziwka –wyszeptałam, gdy mnie minął. Kyler to zignorował.

-Zobaczymy się później Cindy.

Blondi się nie ruszyła.

-Mindy. Mam na imię Mindy!

Rzuciłam okiem na Kylera, ale w ogóle nie okazał skruchy. Potrząsając głową, skierowałam się do kuchni. W zlewie było kilka kubków, ale tak jak w reszcie pokoi w mieszkaniu, wszystko było schludniejsze niż w jakimkolwiek innym mieszkaniu jakie widziałam. Choć nie moim. Byłam pod tym względem tak obsesyjna, że to przewyższało szaleństwa Andrei. Wskakując na ladę, skrzyżowałam nogi i wróciłam do mojego e-czytnika. Pochłonięta tą historią jak wcześniej – tak bardzo, że zerkałam na nią nawet w czasie drogi podczas czerwonego światła – teraz byłam tak rozproszona, przez rozmowę toczącą się w salonie.

Spojrzałam na butelkę Jacka na jego ladzie. Trochę za wcześnie, żeby zacząć, ale im dłużej to trwało, tym bardziej chciałam wziąć jeden strzał. Kogo ja oszukiwałam? Wczorajszej nocy tak długo sączyłam mój rum i colę, aż do czasu gdy byłam całkowicie nasączona Colą z coli. Wszyscy nasi przyjaciele byli trochę podchmieleni, świętując początek zimowej przerwy. Andrea nawet wymiotowała w alei za Dry Docks. Dopiero dzisiaj zamierzała cieszyć się domkiem letniskowym, a Tanner był już tak nawalony, że stał trzymając jej kurtkę, a nie włosy. Może Kyler nie mógł sączyć likieru jak swoja matka, ale nadal był wyluzowany.

A ja? Mi nie podobał mi się pomysł zluzowania i utraty kontroli. Nie to, że byłam spięta czy coś, ale… no dobra, trochę byłam. Każdej zimy od pierwszej klasy szkoły średniej, zadawałam sobie pytanie, dlaczego zgodziłam się jechać do Snowshoe. Nadal mieliśmy dwa tygodnie do Świąt. Mogłam jechać prosto do domu. Nie mogłam jeździć na nartach, chyba że jeżdżenie na nich oznaczało zsuwanie się z ośnieżonego wzgórza na tyłku. Z drugiej strony Kyler był tak naturalny na stokach i zawodowcem w ich wynajmie. To była tradycja i nie było sposobu, bym ją ominęła.

-Jesteś naprawdę, naprawdę wcześnie, Syd –podskoczyłam na dźwięk jego głosu.

-Lubię być o czasie.

-Obsesyjnie –oparł się o ladę naprzeciwko mnie.

Mogłam być trochę za wcześnie, ale nienawidziłam spóźniania się. Wejście do klasy po dzwonku było dla mnie gorsze niż apokalipsa zombie. Po raz kolejny mój wzrok opadł na dół jego brzucha. A co gdyby jego bokserki się zsunęły?

-Możesz założyć koszulkę? I może jakieś spodnie? –Kyler wygiął brew.

-Jestem pewien, że już widziałaś mnie nago, Syd.

Bezbożna ilość ciepła zalała mnie, co było tak niewłaściwie, zważywszy na okoliczności, w jakich widziałam go nago.

-Miałeś jakieś pięć lat i chorowałeś na ospę wietrzną. Zdarłeś swoje ubrania. To nie jest to samo.

-Dlaczego teraz jest inaczej?

Czy naprawdę musiałam mu to wyjaśniać?

Śmiejąc się pod nosem, odepchnął się od lady i podkradł się do mnie. Siedząc na ladzie, wreszcie dorównywałam mu wzrostem. Był absurdalnie wysoki, miał jakieś sześć stóp i dwa cale, natomiast ja byłam szalenie krótka, bo miałam niewiele ponad pięć stóp. Przez większość czasu, gdy byłam przy nim, czułam się jakbym należała do Lizakowego Stowarzyszenia. Kyler wyciągnął rękę i pociągnął mnie za włosy, które nie rozwiązały się na korytarzu.

-Warkocze. Jak seksownie.

Wzruszyłam ramionami. Wziął jego końcówkę i uderzył mnie nią w policzek.

-Mam czas na bieganie?

Odciągnęłam moje włosy z dala od niego.

-Jeśli tego nie zrobisz, będziesz marudny cały dzień.

Kyler posłał mi swój najbardziej czarujący uśmiech. Gdy dołeczek pojawił się w jego lewym policzku, moje serce podskoczyło.

-Chcesz się do mnie przyłączyć?

Machając moim e-czytnikiem, skrzywiłam się.

-Czy wyglądam jakbym chciała z tobą biegać? –pochylił się kładąc ręce po obu stronach moich nóg, co sprawiło, że był bliżej mnie, znacznie bliżej. Nawet gdybym nie odczuwała wobec niego dozgonnego pożądania, nie byłabym odporna na jego bliskość. Żadna kobieta z jajnikami nie byłaby. Z Kylera sączył się seksapil, niebezpieczna mieszanka urody i inteligencji, która nieprzewidywalnie owijała powietrze.

Odetchnęłam – cholera, pachniał naprawdę dobrze. Nie jakby ostatniej nocy wypił całe koryto alkoholu, a potem uprawiał dziki małpi seks. Nie, on pachniał jak


mężczyzna z dobrą wodą kolońską, której nie mogłam rozpoznać. Człowieku, nie mogłam uwierzyć, że wąchałam go jakby był nadzwyczajną rośliną.

Odchylając się do tyłu, odwróciłam wzrok.

-Będziesz się dobrze bawić. Obiecuję. Chodź –ponownie pociągnął mój warkocz. Pokręciłam głową.

-Wszędzie jest śnieg i lód. Złamię kark. A właściwie, to ty kiedyś złamiesz swój kark. Nie bieganie przez jeden dzień cię nie zabije.

-Tak, zrobi to.

Koncentrując się na zdjęciu przyczepionym do lodówki, złożyłam razem ręce. To było zdjęcie naszej dwójki w szkole podstawowej ubranej w kostiumy Hallowenowe. On był wilkołakiem, a ja byłam Małym Czerwonym Kapturkiem. To był pomysł mojej mamy.

-Nie mogę nawet uwierzyć, że chce ci się biegać po tym, jak całą ostatnią noc piłeś – roześmiał się, a jego ciepły oddech owiał mój policzek.

-Poradzę sobie. Nie zapomnij że piłaś z dużymi dziećmi.

Przewróciłam na to oczami. Likwidując przestrzeń między nami, pocałował mnie w policzek.

-Usiądź sobie wygodnie. Nie zajmie mi to dużo czasu.

Kiedy się nie ruszyłam z głębi jego gardła wydobył się głęboki dźwięk niezadowolenia i położył dłonie na moich udach. Bez żadnego wysiłku podniósł mnie z lady i postawił mnie na nogach. Dał mi klapsa w tyłek, który przepędził mnie z kuchni. Usiadłam na kanapie patrząc na niego.

-Szczęśliwy?

Przechylił głowę na bok i przez chwilę wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy po prostu się wyszczerzył.

-W ten weekend zamierzam nauczyć cię jeździć na snowboardzie. Wiesz to, prawda?

Śmiejąc się oparłam się o wyściełaną poduszkę.

-Powodzenia z tym.

-Miej trochę wiary we mnie. Mam pewne umiejętność.

-Jestem pewna, że masz –powiedziałam sucho patrząc na wąską choinkę naprzeciwko jego okna. Kyler wybuchnął śmiechem, miłym głębokim śmiechem, przez który wszystkie moje mięśnie się napięły.

-Pokochałabyś mnie, znając pełen zakres wszystkich moich talentów.

-Gdyby tak było, łatwo byłoby się tego dowiedzieć. Mogłabym zapytać o nie dziewięćdziesiąt procent dziewczyn z mojego akademika.

Uśmiechając się bezwstydnie, wycofał się z pokoju, kierując się w stronę swojej sypialni.

-Właściwie to by było jakieś osiemdziesiąt-dziewięć procent. Nie spałem z dziewczyną na końcu korytarza. Ona po prostu zrobiła mi…

-Nie chcę wiedzieć.

-Jesteś zazdrosna, nieprawdaż?

-Raczej nie –powiedziałam wracając do mojego e-czytnika.

-Aha. Powtarzaj to sobie, skarbie. Pewnego dnia przyznasz, że jesteś szaleńczo i głęboko we mnie zakochana. To mój chłopięcy urok – trudno mu się oprzeć.

-Gdyby twoje nieodparte ciało zniknęło, byłbyś bardziej wiarygodniejszy.

Ponownie się roześmiał, gdy się odwracał. Patrzyłam jak znika w swoim pokoju z dziwnym uczuciem w brzuchu. To była boleśnie żenująca prawda, której Kyler nigdy nie pozna. Mógł ze mnie żartować i mi dokuczać, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, jak ja się czułam i by to zatrzymać.

Przechyliłam głowę do tyłu i jęknęłam cicho. Dziewczyny były dla niego jak smaki, a ja nie byłam tym, który chciałby spróbować. Był taki od szkoły średniej i ja akceptowałam sposób jego bycia. To wszystko musiało tak zostać, bo gdyby Kyler odkrył moje prawdziwe uczucia, nasza przyjaźń skończyłaby się w mgnieniu oka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz