Sydney
Głupie koła mojej walizki utknęły na tanim
brązowym dywanie przed mieszkaniem Kylera, wytrącając mnie z równowagi. Kiedy
się zachwiałam, włosy wleciały mi do oczu. Starając się stanąć stabilnie,
wyciągnęłam rękę i w ostatniej sekundzie mojej pozycji, mój niepewny uchwyt
zaczął się ślizgać. Musiałam dokonać strasznego wyboru. I to szybko. Rzucić
e-czytnik czy cappuccino. Obie rzeczy były dla mnie niezbędne do przetrwania,
ale e-czytnik był jak cenne dziecko, tak kruchy i ważny dla mnie. Mocniej
trzymając czytnik, puściłam kawę, która z plaśnięciem uderzyła o podłogę,
rozlewając ciemną ciecz wzdłuż dywanu, jak w makabrycznym miejscu zbrodni.
Westchnęłam.
No cóż, zajęcia z jogi, na które uczęszczałam dwa
razy w tygodniu zaraz po zajęciach z Psychologii i Prawa, najwyraźniej nie
wyrobiły mojego refleksu. Podniosłam tekturowy kubek i wyrzuciłam go do kosza
przy windzie. Biorąc głęboki oddech, zastukałam do drzwi i przesunęłam się
niecierpliwie.
Minęło kilka sekund i nic nie usłyszałam, nawet
miękkiego tupotu kroków. Zapukałam znowu i kiedy po raz drugi nie było żadnej
odpowiedzi, odwróciłam się i oparłam plecami o drzwi. Kyler miał twardy sen.
Nawet nie próbowałam dzwonić do niego na komórkę. Nic mniejszego od bomby
nuklearnej nie obudziłoby go.
Mój wzrok padł na e-czytnik i cholera. Straciłam
stronę. A miało być jeszcze lepiej. Hades pokazał się w sklepie. Dotykając
ekranu, przesunęłam kilka… Drzwi za mną w końcu się otworzyły i wpadłam w pustą
przestrzeń. Odwróciłam się, a moja dłoń spotkała się z ciepłym nagim ciałem.
Ciepłe, twarde nagie ciało. Silne ramię owinęło się wokół mojej talii, łapiąc
mnie, zanim uderzyłabym twarzą płaskie, brązowe męskie sutki.
O Dobry Boże w niebie…
Szarpnęłam się do tyłu wyrywając się z uchwytu.
Powietrze uciekło z moich płuc, a oczy się rozszerzyły. Stałam twarzą w twarz z
doskonałymi mięśniami klatki piersiowej – mięśniami, których każdy chciałby
dotknąć. Moje oczy, bez mojej zgody powędrowały wzdłuż jego ciała i znalazły
tylko więcej złotego blasku, niż widziałam w scenie z Magic Mike’a. Pokopane
było to, że widziałam Kylera półnagiego więcej razy, niż bym się przyznała, ale
ten widok nigdy nie przestał mnie zadziwiać.
Kyler był zapalonym biegaczem i narciarzem, gdy
był odpowiedni sezon, co znalazło odzwierciedlenie w jego ciele. Gładka skóra
rozciągała się na śmiesznie rozmieszczonych mięśniach. Miał nawet te wcięcia na
wewnętrznej stronie swoich wąskich bioder. Trochę w lewo od jego pępka był mały
pieprzyk. Z jakiegoś powodu, zawsze byłam zafascynowana tą malutką plamką.
Miał na sobie bokserki – z czerwonymi czapkami
Mikołaja i różnokolorowymi prezentami w nich. Skoro był teraz czas
obdarowywania z okazji Świat, wielu ludzi nie miałoby nic przeciwko niemu
schowanemu pod choinką.
Wielu ludzi, wliczając mnie.
Ciepło zapłonęło na moich policzkach. Mój mózg
zawiesił się, ale Kyler… tak, umieścił to „oo” w omdleniu.
Jego pełne usta wygięły się w półuśmieszku jakby
wiedział o czym myślę. Jego brązowe włosy naprawdę potrzebowały grzebienia.
Wyglądał, jakby spędził całą noc z kimś, kto mu je przeczesywał palcami. Nie
przyprowadziłby przecież Blondi do domu. Czekaj. O czym ja myślę. On nie musiał
przyprowadzać Blondi do domu.
-Pachniesz jak…waniliowe francuskie cappuccino.
Zamrugałam. Jego głos był taki głęboki i
chrapliwy od snu.
-Co? Oh, upuściłam moją kawę. Przepraszam.
Półuśmiech znów się pojawił.
-Jesteś wcześniej.
-Nie. Nie jestem.
-Jesteś wcześniej niż zazwyczaj –kontynuował,
przesuwając się na bok. Spojrzał przez ramię na dźwięk puszczonej w łazience
wody.– Nie będziesz szczęśliwa.
Poczułam jak cała krew zniknęła z mojej twarzy,
co było głupie. Zupełnie nie obchodziła mnie wielka litera D.
-W porządku. Poczekam na korytarzu.
Kyler spojrzał na mnie z dezaprobatą.
-Nie będziesz czekać na korytarzu, Syd.
Otarł się o mnie i wyszedł na korytarz,
całkowicie nie dbając o to, że ktoś może go zobaczyć półnagiego. Miałam pełny
widok na chude mięsnie na jego plecach. Miał tatuaż – zawiłe litery, które były
przeważnie cięciami – zwijały się w dół jego kręgosłupa. To był jakiś typ
plemiennego tatuażu, który zrobił, gdy skończył osiemnaście lat. Nie miałam pojęcia,
co on oznacza. Nikt nie miał. Ale to nie był jego jedyny tatuaż.
Moje usta uniosły się w uśmiechu.
Przegrany zakład z Tannerem po meczu piłki
nożnej, zakończył się czerwonym sercem wytatuowanym na jego prawym półdupku.
Kyler był człowiekiem słownym.
Chwytając moją walizkę, mruknął:
-Co ty tam spakowałaś? Legion tłustych i
wściekłych dzieci?
Przewróciłabym oczami, gdyby nie były przyklejone
do mięśni jago ramion. Jezu. Potrzebowałam lobotomii.
-Nie jest taka ciężka.
-Za dużo spakowałaś
–położył walizkę wewnątrz mieszkania i zamknął drzwi.– To tylko pięć dni, Syd.
Nie miesiąc.
-Jak tam chcesz –mruknęłam, odważając się
spojrzeć w dół korytarza. Ktoś zakręcił wodę.
-Więc…
-Rozgość się –stanął na palcach i pociągnął mnie
za nos. Zamachnęłam się na niego, ale z łatwością uniknął mojej ręki i zaśmiał
się.
-Co czytasz?
-Nie twój interes –podążyłam za nim do czystego
salonu. Od dwudziestu jeden lat lubił utrzymywać wszystko w czystości, co było
zaskakujące, ponieważ miał w domu pokojówkę, która po nim sprzątała. Ale nie
zawsze tak miał.
-Niezły tytuł.
Zatrzymałam się za oliwkową kanapą.
-Niezłe bokserki. Mama ci je kupiła?
-Nie. To była twoja mama.
-Bardzo śmieszne.
Spoglądając przez ramię mrugnął do mnie i wsunął
palce w bokserki, zsuwając je w dół, tak że duża część jego tyłka została
odsłonięta.
-O mój Boże –oparłam się o kanapę, wzięłam
poduszkę i rzuciłam nią w niego.
Złapał ją z zaskakującym
refleksem i odrzucił ją do mnie. Poduszka uderzyła w moją pierś i opadła na
podłogę.
-Podobało ci się.
Chociaż miał piękny tyłek, zaczęłam otwierać
usta, by powiedzieć mu, że to nie było coś, na co z utęsknieniem wyczekiwałam,
ale wtedy drzwi do łazienki ustąpiły i otworzyły się.
Wstrzymałam oddech.
Kto to mógł być? Kiedy ostatniej nocy opuszczałam
bar, był otoczony przez legion dziewczyn. Czy to była długonoga blondynka,
której drugie imię powinno brzmieć Jelly – O? Albo seksowna brunetka, która
miała głęboki gardłowy śmiech, o który byłam trochę zazdrosna? Gdy ja
próbowałam być seksowna, brzmiałam jak hiena. A może to był rudzielec, który
nie mógł się zdecydować między Kylerem i Tannerem? W tym momencie nie sądziłam,
żeby był to ktokolwiek inny.
Najpierw zobaczyłam długie opalone nogi, a potem
rąbek jeansowej spódnicy, która leżała trochę krzywo. Rozpoznałam te nogi od
razu, a obcisły czarny golf potwierdził moje przypuszczenia.
To była Blondi – królowa kostek lodu. Ostatniej
nocy na dworze musiało być jakieś piętnaście stopni, cienka warstwa śniegu
pokrywała ulice uczelnianego parku, ale ta laska ubrana była jakby była w
Miami.
A ja poczułam się naprawdę bezbarwna w moim za
dużym swetrze i znoszonych jeansach. Nie wspominając, że czułam się, jakbym
porównywała kołysanie sportowego stanika do cycków tej laski. Spojrzała na mnie
i zmarszczyła brwi. Czarna maskara była rozmazana pod jej oczami.
-Kto to jest kochanie?
-Poznałaś ją ostatniej nocy w Dry Docks –Kyler
ruszył z powrotem do mnie i podniósł poduszkę.– Nie pamiętasz?
Zmieszanie rozlało się na jej twarzy i
stwierdziłam, że to może zająć jeszcze chwilę. Usta Kylera w jednym górnym rogu
wygięły się.
-Wylałaś drinka na jej kolana.
-Oh! –Blondi zachichotała.– Przepraszam za to.
-Tak –wyciągnęłam to słowo. Już o tym
zapomniałam.– To nic wielkiego. Nic tak naprawdę nie przyciąga chłopaków jak
zapach lodów na patyku.
Kyler zmarszczył się i spojrzał na mnie kątem
oka.
-Ona tu była całą noc?
–zapytała Blondi przechylając głowę na bok. Uniosłam brew i zaczęłam otwierać
usta, ponieważ to, że laska nie pamiętała kolejnej dziewczyny przyłączającej
się do ich przyjęcia było powszechnym scenariuszem. Gdybym naprawdę chciała
dostać więcej.
-Nie. Ona przed chwilą tu przyszła. Jedziemy do
Snowshoe –uciął płynnie, pocierając dłonią szczękę.
-Więc…
Blondi zakołysała szczupłymi biodrami tuż przed
nim i położyła na jego piersi rękę w sposób znajomy i intymny. Irracjonalne
ukłucie zazdrości uderzyło we mnie. Dotykanie go było dla niej takie łatwe.
Znałam Kylera od zawsze i zaczęłabym się dusić, gdybym zaczęła go dotykać.
-Tylko we dwoje jedziecie do Snowshoe? Brzmi
romantycznie –powiedziała trochę zgryźliwie.
-Nie –Kyler wysunął się z jej uścisku.– Spotykamy
się tam w gronie przyjaciół. Wkrótce. Więc ja muszę już iść.
Blondi nie załapała aluzji i to było właśnie
niezręczne. To było coś w Kylerze. Mógł zaczarować majtki tuż przed zakonnicą,
ale nie zrobił tej porannej rzeczy. I podczas gdy zazwyczaj był miły, miał
cierpliwość przypartego do muru grzechotnika.
-Męska dziwka –wyszeptałam, gdy mnie minął. Kyler
to zignorował.
-Zobaczymy się później Cindy.
Blondi się nie ruszyła.
-Mindy. Mam na imię Mindy!
Rzuciłam okiem na Kylera, ale w ogóle nie okazał
skruchy. Potrząsając głową, skierowałam się do kuchni. W zlewie było kilka
kubków, ale tak jak w reszcie pokoi w mieszkaniu, wszystko było schludniejsze
niż w jakimkolwiek innym mieszkaniu jakie widziałam. Choć nie moim. Byłam pod
tym względem tak obsesyjna, że to przewyższało szaleństwa Andrei. Wskakując na
ladę, skrzyżowałam nogi i wróciłam do mojego e-czytnika. Pochłonięta tą
historią jak wcześniej – tak bardzo, że zerkałam na nią nawet w czasie drogi
podczas czerwonego światła – teraz byłam tak rozproszona, przez rozmowę toczącą
się w salonie.
Spojrzałam na butelkę Jacka na jego ladzie.
Trochę za wcześnie, żeby zacząć, ale im dłużej to trwało, tym bardziej chciałam
wziąć jeden strzał. Kogo ja oszukiwałam? Wczorajszej nocy tak długo sączyłam
mój rum i colę, aż do czasu gdy byłam całkowicie nasączona Colą z coli. Wszyscy
nasi przyjaciele byli trochę podchmieleni, świętując początek zimowej przerwy.
Andrea nawet wymiotowała w alei za Dry Docks. Dopiero dzisiaj zamierzała
cieszyć się domkiem letniskowym, a Tanner był już tak nawalony, że stał
trzymając jej kurtkę, a nie włosy. Może Kyler nie mógł sączyć likieru jak swoja
matka, ale nadal był wyluzowany.
A ja? Mi nie podobał mi się pomysł zluzowania i
utraty kontroli. Nie to, że byłam spięta czy coś, ale… no dobra, trochę byłam.
Każdej zimy od pierwszej klasy szkoły średniej, zadawałam sobie pytanie,
dlaczego zgodziłam się jechać do Snowshoe. Nadal mieliśmy dwa tygodnie do
Świąt. Mogłam jechać prosto do domu. Nie mogłam jeździć na nartach, chyba że
jeżdżenie na nich oznaczało zsuwanie się z ośnieżonego wzgórza na tyłku. Z
drugiej strony Kyler był tak naturalny na stokach i zawodowcem w ich wynajmie.
To była tradycja i nie było sposobu, bym ją ominęła.
-Jesteś naprawdę, naprawdę wcześnie, Syd
–podskoczyłam na dźwięk jego głosu.
-Lubię być o czasie.
-Obsesyjnie –oparł się o ladę naprzeciwko mnie.
Mogłam być trochę za wcześnie, ale nienawidziłam
spóźniania się. Wejście do klasy po dzwonku było dla mnie gorsze niż apokalipsa
zombie. Po raz kolejny mój wzrok opadł na dół jego brzucha. A co gdyby jego
bokserki się zsunęły?
-Możesz założyć koszulkę? I może jakieś spodnie?
–Kyler wygiął brew.
-Jestem pewien, że już widziałaś mnie nago, Syd.
Bezbożna ilość ciepła zalała mnie, co było tak
niewłaściwie, zważywszy na okoliczności, w jakich widziałam go nago.
-Miałeś jakieś pięć lat i chorowałeś na ospę
wietrzną. Zdarłeś swoje ubrania. To nie jest to samo.
-Dlaczego teraz jest inaczej?
Czy naprawdę musiałam mu to wyjaśniać?
Śmiejąc się pod nosem, odepchnął się od lady i
podkradł się do mnie. Siedząc na ladzie, wreszcie dorównywałam mu wzrostem. Był
absurdalnie wysoki, miał jakieś sześć stóp i dwa cale, natomiast ja byłam
szalenie krótka, bo miałam niewiele ponad pięć stóp. Przez większość czasu, gdy
byłam przy nim, czułam się jakbym należała do Lizakowego Stowarzyszenia. Kyler
wyciągnął rękę i pociągnął mnie za włosy, które nie rozwiązały się na
korytarzu.
-Warkocze. Jak seksownie.
Wzruszyłam ramionami. Wziął jego końcówkę i
uderzył mnie nią w policzek.
-Mam czas na bieganie?
Odciągnęłam moje włosy z dala od niego.
-Jeśli tego nie zrobisz, będziesz marudny cały
dzień.
Kyler posłał mi swój najbardziej czarujący
uśmiech. Gdy dołeczek pojawił się w jego lewym policzku, moje serce
podskoczyło.
-Chcesz się do mnie przyłączyć?
Machając moim e-czytnikiem, skrzywiłam się.
-Czy wyglądam jakbym chciała z tobą biegać?
–pochylił się kładąc ręce po obu stronach moich nóg, co sprawiło, że był bliżej
mnie, znacznie bliżej. Nawet gdybym nie odczuwała wobec niego dozgonnego
pożądania, nie byłabym odporna na jego bliskość. Żadna kobieta z jajnikami nie
byłaby. Z Kylera sączył się seksapil, niebezpieczna mieszanka urody i
inteligencji, która nieprzewidywalnie owijała powietrze.
Odetchnęłam – cholera, pachniał naprawdę dobrze.
Nie jakby ostatniej nocy wypił całe koryto alkoholu, a potem uprawiał dziki małpi
seks. Nie, on pachniał jak
mężczyzna z dobrą wodą kolońską, której nie
mogłam rozpoznać. Człowieku, nie mogłam uwierzyć, że wąchałam go jakby był
nadzwyczajną rośliną.
Odchylając się do tyłu, odwróciłam wzrok.
-Będziesz się dobrze bawić. Obiecuję. Chodź
–ponownie pociągnął mój warkocz. Pokręciłam głową.
-Wszędzie jest śnieg i lód. Złamię kark. A
właściwie, to ty kiedyś złamiesz swój kark. Nie bieganie przez jeden dzień cię
nie zabije.
-Tak, zrobi to.
Koncentrując się na zdjęciu przyczepionym do
lodówki, złożyłam razem ręce. To było zdjęcie naszej dwójki w szkole
podstawowej ubranej w kostiumy Hallowenowe. On był wilkołakiem, a ja byłam
Małym Czerwonym Kapturkiem. To był pomysł mojej mamy.
-Nie mogę nawet uwierzyć,
że chce ci się biegać po tym, jak całą ostatnią noc piłeś – roześmiał się, a
jego ciepły oddech owiał mój policzek.
-Poradzę sobie. Nie zapomnij że piłaś z dużymi
dziećmi.
Przewróciłam na to oczami. Likwidując przestrzeń
między nami, pocałował mnie w policzek.
-Usiądź sobie wygodnie. Nie zajmie mi to dużo
czasu.
Kiedy się nie ruszyłam z głębi jego gardła
wydobył się głęboki dźwięk niezadowolenia i położył dłonie na moich udach. Bez
żadnego wysiłku podniósł mnie z lady i postawił mnie na nogach. Dał mi klapsa w
tyłek, który przepędził mnie z kuchni. Usiadłam na kanapie patrząc na niego.
-Szczęśliwy?
Przechylił głowę na bok i przez chwilę wyglądał
jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy po prostu się wyszczerzył.
-W ten weekend zamierzam nauczyć cię jeździć na
snowboardzie. Wiesz to, prawda?
Śmiejąc się oparłam się o wyściełaną poduszkę.
-Powodzenia z tym.
-Jestem pewna, że masz –powiedziałam sucho
patrząc na wąską choinkę naprzeciwko jego okna. Kyler wybuchnął śmiechem, miłym
głębokim śmiechem, przez który wszystkie moje mięśnie się napięły.
-Pokochałabyś mnie, znając pełen zakres
wszystkich moich talentów.
-Gdyby tak było, łatwo byłoby się tego
dowiedzieć. Mogłabym zapytać o nie dziewięćdziesiąt procent dziewczyn z mojego
akademika.
Uśmiechając się bezwstydnie, wycofał się z
pokoju, kierując się w stronę swojej sypialni.
-Właściwie to by było jakieś
osiemdziesiąt-dziewięć procent. Nie spałem z dziewczyną na końcu korytarza. Ona
po prostu zrobiła mi…
-Nie chcę wiedzieć.
-Jesteś zazdrosna, nieprawdaż?
-Raczej nie –powiedziałam wracając do mojego
e-czytnika.
-Aha. Powtarzaj to sobie, skarbie. Pewnego dnia
przyznasz, że jesteś szaleńczo i głęboko we mnie zakochana. To mój chłopięcy
urok – trudno mu się oprzeć.
-Gdyby twoje nieodparte ciało zniknęło, byłbyś
bardziej wiarygodniejszy.
Ponownie się roześmiał, gdy się odwracał.
Patrzyłam jak znika w swoim pokoju z dziwnym uczuciem w brzuchu. To była
boleśnie żenująca prawda, której Kyler nigdy nie pozna. Mógł ze mnie żartować i
mi dokuczać, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, jak ja się czułam i by to
zatrzymać.
Przechyliłam głowę do tyłu i jęknęłam cicho.
Dziewczyny były dla niego jak smaki, a ja nie byłam tym, który chciałby
spróbować. Był taki od szkoły średniej i ja akceptowałam sposób jego bycia. To
wszystko musiało tak zostać, bo gdyby Kyler odkrył moje prawdziwe uczucia,
nasza przyjaźń skończyłaby się w mgnieniu oka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz