sobota, 15 marca 2014

Rozdział 18

Sydney

Zajęło mi kilka chwil zorientowanie się, dlaczego czułam w sobie Kylera tak niesamowicie dobrze, gorącego i pulsującego, uczucie oszałamiająco intensywne. Każdy jego centymetr był wspaniałą udręką, a każde pchnięcie uderzało mi do głowy.

Nie miał prezerwatywy.

O mój Boże…

Wstrząsnął mną szok. Uwierzyłam mu, kiedy powiedział, że zawsze używał prezerwatywy. Kyler nie był głupi, lecz tym razem nawet przez chwilę nie zastanowił się nad tym. Przez krótki moment poczułam panikę, ale potem ustąpiła miejsca przytłaczającej fali przyjemności. Wiedza, że był to dla niego kolejny pierwszy raz połączona z tym, jak mnie trzymał, jak go czułam, kiedy nic nas nie dzieliło… cóż, przyprawiło mnie to o potężny orgazm.

- Sydney – warknął i wysunął się w ostatniej sekundzie. Jego usta były na moich, jak przycisnął się do mojego brzucha, jego ciało drżało. Dopiero wtedy puścił moje nadgarstki.

Otaczając ramionami jego barki, trzymałam go mocno, jak wstrząsał nim orgazm. Nie poruszył się, dopóki nie zwolnił jego oddech, a rytm serca powrócił do normy. Potem oparł większość swojej wagi na jednym boku.

Spojrzał między nas. – Szlag. Przepraszam za to wszystko.

Uśmiechnęłam się, odwracając i całując go w tors. – To nic takiego.

-  Zawsze używam prezerwatywy. Po prostu… - Roześmiał się cicho. – Do diabła…

-       Wszystko w porządku. – Wsunęłam palce we włosy zakręcające się na jego karku. – Jestem na pigułce – przypomniałam mu. – Mogłeś… no wiesz.

Jego wargi musnęły bok mojej twarzy. – Pamiętałem, ale nie jestem przyzwyczajony do nienoszenia prezerwatywy. Trochę ciężki zwyczaj do przerwania. – Odchylił się, chrząkając. – Nie żebym próbował przerwać ten zwyczaj czy coś.

Rozchyliłam usta, ale nagle zaschło mi w buzi. Co on miał na myśli? Nie planował przerwać zwyczaju, bo nadal planował puszczać się na prawo i lewo? Zamknęłam oczy, składając w myślach stek przekleństw. Nic nie miał na myśli, prócz tego, że nie chciał zrobić zwyczaj z nienoszenia prezerwatywy. To wszystko.

Miałam nadzieję.

Ale co jeśli nic się nie zmieni, kiedy stąd odjedziemy?

Boże, nie mogę…

Próbowałam odepchnąć tę dręczącą myśl, ale osiadła na moim żołądku jak tygodniowe jedzenie. Musieliśmy pogadać, ale za każdym razem jak otwierałam usta, nic z nich nie wychodziło. Nie wiedziałam, co powiedzieć ani jak zacząć tę rozmowę.

Przepraszam, czy wciąż planujesz być męską dziwką? Tak, to nie brzmiałoby dobrze. Chociaż Kyler powiedział, że zasługuję na coś więcej niż przygodny seks, nie prosiłam o więcej, a on nie oferował.

Naprawdę musimy porozmawiać.

Otwierając oczy, odchyliłam głowę. Kyler przyglądał mi się z leciutkim uśmiechem na twarzy. Wyglądał na tak… zrelaksowanego. Bardziej niż kiedykolwiek widziałam i teraz byłaby idealna pora na powiedzenie czegoś.

- Muszę wziąć prysznic – to wyszło z moich ust.

Wzrok Kylera opadł na mój brzuch. – Tak, przepraszam za to. Ubrudziłem cię.

Nie to chciałam powiedzieć. Paliły mnie policzki, zwłaszcza wtedy, kiedy jego uśmiech się poszerzył. – W porządku. Przecież seks może być czasami brudny, a te rzeczy się zdarzają i… poważnie muszę przestać gadać.

Kyler zachichotał głęboko i pocałował mnie w czubek nosa. – Mówiłem ci, jaka jesteś urocza?

Urocza? Celowałam w seksowną albo gorącą. Wzruszyłam jednym ramieniem.

- Jesteś cholernie urocza. – Jeszcze bardziej zniżając głowę, pocałował mnie. Było to szybkie i miękkie, ale i tak zacisnęłam palce u stóp. – Myślę, że oboje potrzebujemy prysznica. Jednak będzie zimno.

Przypominając sobie lodowate moczenie, jakie miałam, kiedy padł generator, skrzywiłam się. – Yay.

- Chyba to zależy od tego, jak bardzo chcesz wziąć prysznic.

Zastanowiłam się nad tym i postanowiłam, że bardzo chciałam wziąć prysznic. Wzdychając, uwolniłam się i usiadłam. Sięgając po koc, przycisnęłam go do nagiej piersi. Płomienie były niskie w kominku, niemal znikały. Przysłuchiwałam się przez chwilę i nie usłyszałam wiatru. Spojrzałam na wąską szparę w zasłonach i nie byłam pewna czy powinnam cieszyć się, czy smucić tym, że skończyła się zamieć.

Usta Kylera otarły się o moje gołe ramię i odwróciłam do niego głowę. Jego włosy opadały mu na czoło w kompletnym bałaganie. Zabiło mi mocniej serce, kiedy posłał mi swój przekrzywiony uśmiech. – Prysznic?

-  Tak – odparłam.

-  Razem?

Gorąco wezbrało mi się w podbrzuszu. – Tak?

Ten chłopięcy uśmiech stał się szelmowski. – Może nawet nie zauważymy, że woda jest zimna.

Minutę później zauważyliśmy, że woda była lodowata. Żadna ilość seksownej nagości Kylera nie mogła tego zmienić.

- Cholera jasna – powiedział, zanurzając głowę pod strumieniem wody. – Pieprzona cholera jasna.

Zaśmiałam się, podrygując przed nim, obejmując się ramionami. On przyjmował na siebie lodowaty potop, a ja byłam tylko opryskiwana jego niewielką ilością. Małe krople pokrywały każdy centymetr mojego ciała, a choć było to szalone, przemarzałam, ale również było mi bardzo gorąco.

Kyler namydlił się i mydliny spływały po jego nienagannym brzuchu, wyrzeźbionych mięśniach i znikały między nogami. Nie mogłam oderwać wzroku. To było żenujące. I ekscytujące. W pewnej chwili odwrócił się i patrzyłam na tatuaż malujący się wzdłuż jego kręgosłupa. W jakim to było języku? Potem znowu odwrócił się do mnie twarzą.

-       Okej – odetchnął, potrząsając głową. – Jesteś na to gotowa? Podniosłam wzrok, potakując. – Nie bardzo.

-       Postaram się zrobić to jak najszybciej i bezboleśnie. – Objął mnie rękami i przyciągnął do swojego ciała. Jego skóra była ciepła w niektórych miejscach, zimna w innych i wiedziałam, że czuł moje twarde sutki przy swojej klatce piersiowej. Nie byłam pewna czy to przez zimno, czy Kylera.

Przeważnie przez Kylera.

- Przygotuj się – mruknął, odwracając powoli.

Podskoczyłam, jak woda uderzyła mnie w plecy, prawie wspinając się na niego. Trzymając mnie w pasie, złapał mydło. Szczękały mi zęby, kiedy pomagał mi się umyć. Nie potrafiłam stać w miejscu i moje ruchy nie umknęły uwadze Kylera. Czułam, jak grubieje przy moim brzuchu. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała dosyć szybko i choć moja skóra wydawała się być jak kostka lodu, gorąco płynęło w moich żyłach. Kiedy wsunął rękę pomiędzy moje uda, przygryzłam wargę. Naprawdę tam się nie spieszył.

Był to najzimniejszy i najgorętszy prysznic, jaki kiedykolwiek brałam.

Po wszystkim zawinął mnie w puszysty ręcznik i posadził mnie przed gasnącym kominkiem. Szybko się przebrał i poszedł do garażu po drewno. Gdy ogień znowu trzaskał, obrócił się do mnie. Po prysznicu zrobił się napięty. Nie mówił wiele, a kiedy na mnie popatrzył, jego oczy były tak ciemne, jak kawałki obsydianu.

Poruszyłam się niespokojnie.

- Pójdę do głównego domu i zobaczę czy wiedzą coś o głównych drogach. – Klęknął przede mną, jego wilgotne włosy kręciły się przy uszach. – Nie powinienem być długo. W porządku?

Skinęłam głową, już zaczynając wstawać. – Mogę iść z tobą. Tylko pozwól mi…

- Powinnaś tutaj zostać. – Położył ręce na moich barkach, delikatnie mnie popychając.

– W cieple. Już nie pada śnieg, ale jest tam lodowato. Wrócę zanim w ogóle zorientujesz się, że wyszedłem.

Czułam się, jakby już wyszedł.

Ale nic nie powiedziałam, patrząc jak ubiera się, jakby szedł na snowboarding. Nie pocałował mnie, nim wyszedł, a chociaż siedziałam przed buzującym ogniem, czułam się niewytłumaczalnie zimno.

Kyler zatrzymał się przy drzwiach prowadzących do piwnicy, wkładając komórkę do kieszeni kurtki. – Nie wychodź, kiedy mnie nie będzie. Dobra? Wiem, że nic się nie stało od generatora, ale nie chcę ryzykować.

- Okej. – Obróciłam się do niego, chcąc coś powiedzieć – cokolwiek – ale umiejętność do złożenia zdania całkowicie zniknęła.

Odwrócił się i zatrzymał ostatni raz. Patrząc na mnie, otworzył usta, ale wtedy potrząsnął lekko głową i zniknął na schodach.

Nie wiem jak długo siedziałam tam, gapiąc się w miejsce, gdzie stał, mówiąc sobie, żeby nie przesadzać z emocjami, ale przecież byłam królową przesadzania. Powinnam mieć za to koronę. W krótkim czasie pomiędzy jego wyjściem a tym, jak usłyszałam odpalający skuter śnieżny na zewnątrz, już chciałam walnąć się kilka razy za nie porozmawianie z nim o wszystkim.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie miałam wszystkiego ogarniętego, tak jak wcześniej byłam przekonana. Miałam dwadzieścia jeden lat i nie potrafiłam przeprowadzić poważnej, szczerej rozmowy z Kylerem i powiedzieć prawdę. Jeśli o to chodziło, to prawdopodobnie nie powinnam była kochać się z nim.

Musiałam dorosnąć.

Mówiąc sobie, że będzie to pierwszą rzeczą, jaką zrobię, kiedy wróci, wstałam i pobiegłam na górę, żeby wziąć czyste ubrania. Kiedy byłam przebrana, założyłam buty i usiadłam na kanapie, stukając palcami o kolano.

Okej. Może pierwszą rzeczą, jaką zrobię, kiedy wróci nie będzie naskakiwanie na niego o nasz wątpliwy status związku. Najpierw pozwolę mu powiedzieć o drogach, a potem porozmawiamy.

Nie będąc w stanie usiedzieć, poszłam szukać mojej komórki. Nadal leżała w misce z ryżem w kuchni. Wyciągając ją, strzepałam ryż i złożyłam telefon z wielkimi nadziejami. Włączył się, ale ekranik pokazywał jedynie ładne fale zieleni i błękitu.

- Szlag – jęknęłam, opierając się pokusie, żeby rzucić nim przez kuchnię jak piłką.

Zerknęłam na zegar na ścianie. Minęło pół godziny, odkąd wyszedł, a ja już wpadałam w szaleństwo. Chciałam wyjść z tego domu. Bez niego rozwijałam szalony przypadek zniecierpliwienie związanego z długotrwałym pobytem w zamkniętym miejscu.

Zatrzymując się przy choince, mocniej przycisnęłam do siebie sweter, patrząc przez wielkie okno. Czułam się… inaczej. To dziwne, że minęła tylko garstka dni odkąd przyjechaliśmy do Snowshoe, ale wydawało się, że było to życie temu.

Mały uśmiech rozciągnął moje usta i zamknęłam oczy, przypominając sobie powiedzenie Kylerowi, że go pragnę. Poruszyłam się lekko, czując pozostałości zażenowania, a potem roześmiałam się, bo poważnie, nigdy w życiu nie pomyślałabym, że zdobędę odwagę na postawienie się w takiej sytuacji i do tego momentu nie zorientowałam się, jak bardzo się bałam. Tak nie dało się żyć, głupio zdałam sobie sprawę.

Nie miało to nic wspólnego z seksem – to jak inaczej się czułam. Dobra, byłam obolała w przyjemny sposób w miejscach, gdzie nie myślałam, że mogę być obolała, ale było w tym coś więcej. Nigdy nie próbowałam zdobyć czegoś, co pragnęłam. Zawsze byłam zbyt ostrożna, a odkąd zakończył się mój związek z Natem, jeszcze bardziej bałam się odpuszczenia – nie bycia w kontroli i robienia rzeczy, które potencjalnie mogły skończyć się zranieniem.

W pewnym sensie był to dziecięcy, ochronny kocyk, który owinęłam wokół siebie. Powiedzenie Kylerowi, że go pragnę było jak zrzucenie tego koca. Teraz musiałam tylko iść dalej i wszystko mu powiedzieć.

Musiałam powiedzieć Kylerowi, że go kocham.

Choćby myśląc o tym moje serce na moment zamarło. Będę przerażona. Będę boleśnie zakłopotana i wolałabym kopnąć się w tyłek niż to zrobić, ale zrobię.

Gdy byłam sama z tymi myślami przez godzinę, już nie mogłam znieść czekania. Podjęłam decyzję bez namyślenia się. Zakładając płaszcz razem z rękawiczkami i czapką, zeszłam do garażu.

Wyciągnięcie drugiego skutera śnieżnego na ciężki śnieg było wielkim wrzodem na tyłku. Ponieważ energia wysiadła, zajęło mi kilka chwil zasunięcie drzwi garażu ręką i nie całkiem go zamknęłam, pozostawiając odstęp na parę centymetrów, żebym mogła go otworzyć, jak wrócę. Wsiadłam na czerwonobiały skuter śnieżny i wydałam wesołe westchnięcie, kiedy zapalił się bez problemów. Temperatura była przeraźliwie zimna, więc szybko założyłam kask.

Nie byłam zawodowcem w prowadzeniu skutera, ale było tyle śniegu, że przesuwał się płynnie, wzbijając kurz. Nawet mając rękawiczki, moje palce wydawały się być zamarzniętymi paluszkami rybnymi do czasu jak zatrzymałam się przed głównym domem.

Ludzie stali przed swoimi sklepami z łopatami w ręku, zaczynając masywne odśnieżanie. W niektórych miejscach zaspy śniegu pokryły samochody i widać było tylko cienkie pasma metalu. Było to niesamowite i szalone widzieć, do czego była zdolna matka natura, kiedy była wkurzona albo znudzona.

Wiele skuterów śnieżnych było zaparkowanych przy odśnieżonym chodniku i nie mogłam stwierdzić który należał do Kylera. Wszystkie wyglądały dla mnie podobnie. Kierując się ścieżką, słyszałam w oddali maszynerię, najprawdopodobniej pługi.

Główny domek był miły, ciepły i wygodny, zasilany światłami i telewizją. Było jak w raju, kiedy ściągnęłam kask i rozejrzałam się. Najwyraźniej oni nie stracili tutaj energii.

Farciarze.

Ale szczerze mówiąc, nie mogłam się aż tak złościć na kłopot z energią. Przytulanie się z Kylerem rekompensowało jedzenie gównianego jedzenia i mroźne prysznice.

Po boku znajdował się pokój gier i obszar z siedzeniami oraz zapach świeżej kawy i bekonu. A niech to szlag, mogłam się założyć, że był tam Kyler, wpychając sobie jedzenie do ust. Nie żebym mogła go winić. W tej chwili zrobiłabym wszystko dla jajecznicy.

Wiele ludzi tłoczyło się przy grach i kanapach. Niektórzy rozmawiali o tym, jak długo nie mieli prądu albo kiedy planowali wyjechać. Przeszukałam tłum, ale nie dostrzegłam Kylera. Jednakże rozpoznałam barmana z pierwszego wieczora tutaj.

Odwrócił się i uśmiechnął, kiedy mnie zauważył. – Hej, dobrze widzieć, że przeżyłaś zamieć wieku.

Przykładając kask do biodra, podeszłam do niego.

-  Tak, przeżyliśmy bez prądu.

-       Tak słyszałem. – Upił łyk swojej kawy, a moje kubki smakowe zaczęły się ślinić. – Twój przyjaciel powiedział mi, że drzewo wyciągnęło linie napięcia.

Uniosłam brwi. – Kyler?

Potaknął. – Tak, był tutaj niedawno. Mówił, że myśli, że ktoś mógł majstrować przy domu podczas burzy – coś o wystrzeleniu okna i odcięciu drutów generatora?

- Tak, miałam nadzieję, że… - urwałam, odtwarzając w głowie jego słowa. – Chwila. Powiedziałeś, że Kyler był tutaj?

Drapiąc się po szczęce, znowu potaknął. – Tak, pytał też o drogi. Wydawał się na chętnego, żeby wydostać się z miasta. Nie mogę go winić. Śnieg jest fajny, gdy możesz wyjść i coś w nim robić, ale kiedy tak na ciebie opada, to nie bardzo.

- Och. – Przesunęłam kask. – Więc musiałam minąć się z nim. – Jednak gdy tylko to wypowiedziałam, wiedziałam, że to nie miało sensu. Była tylko jedna droga z głównego domku do domu i bym go zobaczyła. Strach zmienił krew w moich żyłach w breję. Co jeśli gdzieś zjechał i był ranny? – Kiedy wyszedł? – spytałam.

Zmarszczył brwi ze skupieniem. – Ach, może pół godziny temu?

Zatrzymało mi się serce. Przysięgam, że naprawdę zamarło na moment.

-  Ta, chyba tak. Wyszedł z Sashą około 9:30.

-       Co takiego? – Nie… Nie mogłam dobrze go usłyszeć. Nie ma mowy. Moje uszy były małymi gnojkami i zmieniały słowa. Nie ma mowy, że miał na myśli Seksowną Sashę, posągową brunetkę, którą Kyler znał od daaaawna. – Wyszedł z Sashą?

-       Tak. – Barman uśmiechnął się i nie podobał mi się ten uśmiech. Był to uśmiech mówiący „brawo, chłopcze”. – Wyglądał na naprawdę zadowolonego, kiedy ją zobaczył, ale zawsze spędzają razem czas, gdy tutaj przychodzi.

Gapiłam się na niego. Kyler często przychodził tutaj podczas sezonu, czasami sam, a czasami z Tannerem. Ja byłam tutaj tylko w święta, więc nie trzeba było wiele wyobraźni, żeby myśleć, że barman był zaznajomiony z Kylerem.

Najwyraźniej był zaznajomiony z Kylerem i Sashą razem.

Barman pokręcił głową, uśmiechając się szerzej. – Chyba kierowali się do jej mieszkania. Ona też nie miała prądu, ale wątpię, żeby sprawdzał to.

Tak, ja też w to wątpiłam, bo – o Boże – bo Kyler nic nie wiedział o elektryczności. Był z Sashą.

Pieprzył Sashę.

Cofnęłam się z rozchylonymi ustami, ale nie wiedziałam co powiedzieć. Wirowało mi w żołądku, jak głęboki ból wybuchł w mojej klatce piersiowej. Będzie mi niedobrze.

-       Hej – powiedział barman, kładąc rękę na moim ramieniu, jak się pochyliłam. – Wszystko w porządku?

-  Tak. – Mój głos brzmiał piskliwie i daleko. – Wszystko okej.

Ale nie było okej. Było daleko od okej. Ten ból w mojej piersi pełzł przez moje żyły, wspinając się po gardle. Piekły mnie oczy, a ciało było otępiałe.

- O cholera. – Barman puścił moje ramię i wzdrygnął się, jakby właśnie mi powiedział, że mam jakąś chorobę nieuleczalną. – O cholera, cholera, cholera. Jesteś z Kylerem, prawda? Z nim? – Nie dał mi szansy na odpowiedź. – Posłuchaj, gadam trzy po trzy. Jestem pewien, że poszedł tam tylko po to, żeby sprawdzić prąd, nic innego.

Nie usłyszałam więcej jego wycofywania słów. Serce waliło mi w uszach. Podłoga wydawała się wysunąć spod moich nóg, a chociaż nadal stałam, czułam się, jakbym spadała. Część mnie chciała kopnąć posłańca. Zaatakować go, uderzyć go w brzuch i zmusić do zabrania tego, co powiedział, ale to nie była jego wina. Musiałam sobie to wmawiać.

- Nie jestem z nim – wypaliłam. Zmarszczył czoło. – Co?

- Nie jestem z nim – powtórzyłam, a to bolało. Fizycznie bolało.

Tak jakby ktoś wbił zardzewiały nóż w moją pierś i przekręcił, ponieważ to była prawda. Nie byłam z Kylerem. Uprawiałam z nim seks, ale nie byłam z nim. Nie było między nami żadnych etykietek, żadnych obietnic. Powiedział, że zasługiwałam na więcej niż przygodny seks, ale tym byłam. Nie byłam niczym więcej jak przygodnym seksem, kiedy zostało to wypowiedziane i zrobione.

A to – to był typowy Kyler, przechodzący z jednej dziewczyny na drugą. Nie byłby to nawet pierwszy raz, kiedy był z dwoma dziewczynami w ciągu jednego dnia… albo w tym samym czasie. Był taki milczący po prysznicu, napięty. Zdecydował, że ma dosyć?

Znałam go lepiej niż ktokolwiek inny na tej planecie. Seks nic dla niego nie znaczył. Raz za razem mówił, że chodziło tylko o używających sobie ludziach. Czemu myślałam, że ze mną będzie inaczej? Tylko dlatego, że pieprzył się ze mną twarzą w twarz i raz zapomniał użyć prezerwatywy? Cholera jasna, czy ja naprawdę myślałam, że to coś znaczyło?

Tak myślałam. Boże, myślałam, że znaczyłam więcej.

- Słońce – odezwał się barman. – Naprawdę mi przykro.

Bez słowa odwróciłam się, wychodząc z wielkiego pomieszczenia. Ruszyłam do drzwi, ale zatrzymałam się i wróciłam do głównego domku. – Mogę użyć telefonu? – Nie rozpoznałam własnego głosu, kiedy położyłam kask na blacie.

Pani za biurkiem skinęła głową i położyła obok mnie słuchawkę. Prawie zadzwoniłam do Andrei, ale nie mogłam z nią rozmawiać. Wiedziałaby w chwili, gdy usłyszałaby mój głos. Dzwonił dwa razy, zanim odebrano.

- Mamo?

Była chwila ciszy. – Sydney? Czy to ty?

Jeżeli nie było innego dziecka, o którym nie wiedziałam… - Tak, to ja.

- Och, dzięki Bogu. Zamartwiałam się tą burzą, a ty nie odbierałaś komórki. Mama Kylera powiedziała, że zrobiłaś coś z nią, a waszej dwójce nic nie jest i wiedziałam, że jak będziesz z nim to wszystko będzie w porządku, ale…

Skrzywiłam się na dźwięk jego imienia i prawie straciłam opanowanie. – Mamo, jakie są drogi do domu?

-  Główne drogi są oczyszczone. Twój ojciec powiedział, że autostrady są w porządku.

-       Okej. – Zamknęłam oczy, ignorując pieczenie. – Czy… czy myślisz, że możecie po mnie przyjechać?

-       Tak. Oczywiście, ale co z Kylerem? Zostaje tam dłużej? Albo może jest coś nie tak z jego autem?

Moja mama, królowa pytań, na które nie mogłam nawet zacząć odpowiadać. – Jego auto jest w porządku. Po prostu… po prostu chcę jechać do domu. Proszę.

Nastąpiła kolejna cisza i przysięgłabym, że usłyszałam gwałtowny wdech mamy. – Nic ci nie jest, kochanie?

- Nic – wychrypiałam, zmuszając się do otwarcia oczu. Pani za biurkiem patrzyła na mnie, jakbym była obłąkaną osobą. – Chyba coś mnie bierze.

Mama powiedziała coś o byciu chorą na Boże Narodzenie, a potem odeszła od telefonu, żeby poszukać taty. Czułam się okropnie, prosząc ich, żeby przejechali więcej niż godzinę, aby mnie zabrać, ale teraz nie mogłam być w domu z Kylerem. Nie sądzę, że jeszcze kiedykolwiek będę w stanie być blisko niego.

Dziękując pani, oddałam telefon i poszłam do skutera śnieżnego. Nie pamiętam drogi powrotnej do domu. Tylko to, że kiedy zsiadłam ze skutera, zorientowałam się, że zostawiłam kask w domku. Nawet nie czułam smagającego wiatru. Byłam otępiała, jak przemierzałam śnieg.

Najpierw zobaczyłam ślady. Nie skutera śnieżnego, ale dwa oddzielne ślady, które pochodziły zza domu, jakby narty wleczone przez śnieg.

Przekręciło mi się w żołądku.

Kyler wrócił, kiedy byłam w domku głównym? I czy przywiózł ze sobą Sashę?

Wpatrywałam się w znaki na śniegu. Nie. Nie mógłby być taki bezczelny. No chyba że nic go to nie obchodziło. O Boże, nawet nie mogłam o tym myśleć. Przycisnęłam zakrytą mitenką rękę do kurtki. Jeżeli był tam z Sashą, to kopnę go prosto w jaja.

Paliło mnie w gardle, jak ostry ból przeszedł przez moją pierś. Odpychając łzy, odwróciłam się do drzwi garażu. Nie były całkiem zamknięte, a szpara na dole była o wiele większa, niż ją zostawiłam.

Przez chwilę rozważałam wrócenie do domku i czekać tam, jak długo będzie trzeba, aż moi rodzice tutaj dotrą, ale ponieważ byłam kompletną idiotką, nie powiedziałam rodzicom, że będę w domku. Najpierw przyjadą tutaj, a poza tym, musiałam spakować swoje rzeczy.

Mogłam to zrobić. Nie będę dzieckiem i nie ucieknę. Już było wystarczająco źle, że zadzwoniłam po rodziców. Mogłam to zrobić.

Stawiając jedną stopę przed drugą, pośpiesznie wytarłam łzę spływającą po policzku. Znając moje szczęście cholera zamarzłaby na mojej twarzy i cały świat dowiedziałby się, że niewiele brakowało, a zaczęłabym ryczeć jak dziecko, któremu powiedziano, że Mikołaj nie jest prawdziwy.

Wtedy płakałam.

Zaraz znowu będę płakać.

Gdy doszłam do drzwi garażu, zastanawiałam się, dlaczego Kyler zaparkował na zewnątrz. To nie miało żadnego sensu, ale w tej chwili nic mnie to nie obchodziło. Ból w mojej klatce piersiowej pogorszył się. Podnosząc drzwi, wzięłam głęboki wdech, a on stanął mi w gardle.

Zamrugałam powoli, myśląc, że wpadłam do odcinka Prawa i porządku.

Dwójka mężczyzn klęczała przy tyle samochodu Kylera, przy tylnej oponie. Czarne kominiarki narciarskie zakrywały ich twarze. Jeden trzymał groźnie wyglądający nóż, przeciągając nim po grubej czarnej oponie, a drugi trzymał kij baseballowy. Oboje patrzyli na mnie. Zaczęli się podnosić.

O cholera.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz